08.04.2026, 17:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2026, 17:58 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine rzadko znajdowała czułość w milczeniu, znała jednak jego wagę, jego znaczenie. Bywało, że przyjaźń wymagała przemilczenia pewnych rzeczy, nawet, jeżeli rozsądniejszym zdawałoby się wypowiedzieć je na głos. Dobrze, że Dægberht nie podzielił się z nią głośno swymi przemyśleniami.
Lorraine skwitowałaby je bowiem śmiechem.
Śmiałaby się, bo niczym nie różnił się w swych dylematach od mężczyzn, których już znała. Od mężczyzn, których kochała. W gruncie rzeczy, wszyscy byli tacy sami. Narcystyczni, zadufani w sobie. Kłamliwi. Niepotrafiący przyznać się do błędu.
Lorraine lubiła ich takimi.
Takim był jej ojciec, którego była przecież nieodrodną córką. Takim był jej brat. Takim był też pierwszy mężczyzna, któremu się oddała. Kochała przecież Otto, gdy wsłuchiwał się w brzmienie swojego głosu, wtedy, gdy czytał jej na głos swe książki. Gdy prężył się przed lustrem, zerkając ponad ramieniem, żeby upewnić się, że Lorraine na niego patrzy. Kochała Baldwina, gdy czytywał heretyckie pisma, zachłystując się boskością, która była dla niego zakazaną. Kochała, gdy ją malował, zawsze tak rozpaczliwie, próbując uchwycić to, co nieuchwytne. Gdy klękał, i gdy kazał innym klękać. Kochała ojca, który był równie żałosny co tamci dwoje.
Lorraine kochała ich żałosnymi.
W jej ocenie mężczyzną było się najpełniej wtedy, gdy było się właśnie takim. Żałosnym. Flint też był mężczyzną, nieważne, że twarz miał równie delikatną, co jej Maeve. Ale byłby nim jeszcze bardziej, gdyby nie milczał, lecz kłamał.
Ale wtedy być może nie byliby przyjaciółmi.
Lorraine wiedziała dobrze, co znaczy "odpłynąć". Praktykowała to często w rozmowach z Anthonym. Być może oboje z Dægberhtem uciekali w ten sposób od ciężaru odpowiedzialności. A może po prostu nie chcieli ranić tych, na którym im zależało. Różnica polegała na tym, że Flint odmawiał pokrycia pustego swego wejrzenia kłamstwem, a Lorraine kłamała jak najęta. Tam więc gdzie u niego zalegało niekomfortowe milczenie, tak po niej trudno było domyślić się, że chowa w sobie urazę, gdy wypełniała przestrzeń śmiechem i ujmującymi słowy. Może nie była więc kobietą, lecz mężczyzną? Z miłości do Maeve potrafiła przecież robić naprawdę żałosne rzeczy. Od uganiania się za podrzędnymi handlarzami opium począwszy, na ratowaniu kotów z nokturńskich dachów skończywszy...
Ale nie, nie bez powodu powtarzała przecież w myślach, że jest wilą, nie kobietą. Pozostawała odseparowaną od tej śmiesznej walki między pierwiastkami męskiego i żeńskiego. Wychowana została bowiem przez człowieka, który miał się za boga poezji. Może i był bogiem. W końcu umarł i zmartwychwstał. Nie kwestionowała tego, bo była jego dzieckiem, jego dziedziczką. Boskość musiała więc po nim odziedziczyć tak samo jak odziedziczyła nazwisko. Odziedziczyła po nim przekonanie, że zawsze będzie lepszą, nieważne, że była córką, nie synem, bo to nigdy dla Armanda nie miało znaczenia. Wzrastała w poczuciu wyższości, które jednak nie oddaliło jej od ludzi, lecz do nich przybliżyło. Tak jak bowiem Armand uważał, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine uważała, że bogowie są bliscy ludziom. Kochała więc jak bogini. Kochała kobiety, kochała mężczyzn. Kochała miłością beznadziejną, pozbawioną złudzeń, a jednak mile łechtaną obietnicami bez pokrycia. Kochała miłością wybaczającą, ale i pełną pogardy wobec dysproporcji, okrutną i nieskończenie czułą zarazem. Taką była właśnie miłość wili. W swej niestałości przypominała płynącą wodę. Przypominała ją także w stałości, bo nie sposób było przecież zmienić jej biegu. Nawet gdy próbowano, rzeka lojalnie powracała do swego koryta. A gdy nie mogła wrócić, wylewała swą miłość na ziemię, która nie mogła wytrzymać jej naporu. Lorraine była zbyt boleśnie sobą, żeby zrozumieć dylematy Flinta. Kochała świat posesywnie, tak jak bogini kochała owoce swego łona.
Gdy Dægberht ją zbył, nie przejęła się więc wcale, lecz łaskawie oparła głowę o jego ramię, pozwalając mu zabawić się swoimi mądrościami. Lubiła słuchać jego opowieści, przysłuchiwać się poematom, nawet, jeżeli opowiadały o nim. A może zwłaszcza dlatego. W naturze artystów leżało samolubstwo. Przecież w każdym obrazie Baldwina szukała jego samego, jego wspomnień pod werniksem. Głos jej ojca przebijał przez każdy werset napisanych przez niego wierszy. Gdy uczyła Oleandra gry na fortepianie, powtarzała mu, że gra wprzódy dla siebie samego. Taką była jej filozofia. Lorraine Malfoy zawsze grała dla siebie. Gdy dzieliła się swoją muzyką, dzieliła się sobą. Gdy za pomocą legilimencji przeszukiwała umysły innych ludzi, szukała w nich siebie, szukała podobieństw, przepuszczając cudze myśli przez filtr własnego jestestwa. Nie zrozumiałaby więc, dlaczego Flint wytyka samemu sobie zadufanie, odsłaniając przed nią portret tak intymny jak opowieść. Opowieści były przecież wszystkim.
– Szyfr... – zastanowiła się na głos, podłapawszy intrygującą myśl, z jaką postanowił podzielić się z nią Flint. – Szyfry krępują tajemnice. Są sztywne, nieustępliwe. Implikują coś skończonego, ale żyją tylko dopóki ktoś nie zdoła ich złamać. Można powiedzieć, że rodzą się martwe, więc nie dają sensu wspólnoty. Nie to co język, który nieustannie ulega rozwojowi. Język jest giętki, plastyczny. Nagina się do naszych potrzeb. Mieści w sobie nieskończoność. Znaczeń, ale i możliwości. Mieści w sobie życie.
Jak mogłaby sądzić inaczej, będąc córką poety?
Lorraine wydawała się zadowolona z wyjaśnień Berhta, który zaspokoił jej ciekawość. Wtulona delikatnie w przyjaciela, jeszcze przez chwilę przypatrywała się w zamyśleniu tajemniczej urnie, pozwalając myślom błądzić... Dopiero na dźwięk jego głosu, otrząsnęła się ze swej zadumy, odsuwając się tak, żeby móc zajrzeć Dægberhtowi w twarz.
– Nie mam pojęcia. W takich chwilach podobno warto zapytać o ekspertyzę – rzuciła nonszalancko Lorraine, przywołując słowa Flinta z początku ich rozmowy. Wystarczyło jednak, że machnęła różdżką, a stosik urn został schludnie opakowany papierem i pochowany do pudełek. Zaklęte puzderko z tajemniczymi żłobieniami również... Oto było wyposażenie godne wybrańca Matki! – Należy do ciebie – oznajmiła, obdarzając Flinta lekkim uśmiechem. – Przyjmij prezent darowany w podzięce za pracę twych rąk. Wierzę, że użyjesz go w zbożnym celu.
Lorraine skwitowałaby je bowiem śmiechem.
Śmiałaby się, bo niczym nie różnił się w swych dylematach od mężczyzn, których już znała. Od mężczyzn, których kochała. W gruncie rzeczy, wszyscy byli tacy sami. Narcystyczni, zadufani w sobie. Kłamliwi. Niepotrafiący przyznać się do błędu.
Lorraine lubiła ich takimi.
Takim był jej ojciec, którego była przecież nieodrodną córką. Takim był jej brat. Takim był też pierwszy mężczyzna, któremu się oddała. Kochała przecież Otto, gdy wsłuchiwał się w brzmienie swojego głosu, wtedy, gdy czytał jej na głos swe książki. Gdy prężył się przed lustrem, zerkając ponad ramieniem, żeby upewnić się, że Lorraine na niego patrzy. Kochała Baldwina, gdy czytywał heretyckie pisma, zachłystując się boskością, która była dla niego zakazaną. Kochała, gdy ją malował, zawsze tak rozpaczliwie, próbując uchwycić to, co nieuchwytne. Gdy klękał, i gdy kazał innym klękać. Kochała ojca, który był równie żałosny co tamci dwoje.
Lorraine kochała ich żałosnymi.
W jej ocenie mężczyzną było się najpełniej wtedy, gdy było się właśnie takim. Żałosnym. Flint też był mężczyzną, nieważne, że twarz miał równie delikatną, co jej Maeve. Ale byłby nim jeszcze bardziej, gdyby nie milczał, lecz kłamał.
Ale wtedy być może nie byliby przyjaciółmi.
Lorraine wiedziała dobrze, co znaczy "odpłynąć". Praktykowała to często w rozmowach z Anthonym. Być może oboje z Dægberhtem uciekali w ten sposób od ciężaru odpowiedzialności. A może po prostu nie chcieli ranić tych, na którym im zależało. Różnica polegała na tym, że Flint odmawiał pokrycia pustego swego wejrzenia kłamstwem, a Lorraine kłamała jak najęta. Tam więc gdzie u niego zalegało niekomfortowe milczenie, tak po niej trudno było domyślić się, że chowa w sobie urazę, gdy wypełniała przestrzeń śmiechem i ujmującymi słowy. Może nie była więc kobietą, lecz mężczyzną? Z miłości do Maeve potrafiła przecież robić naprawdę żałosne rzeczy. Od uganiania się za podrzędnymi handlarzami opium począwszy, na ratowaniu kotów z nokturńskich dachów skończywszy...
Ale nie, nie bez powodu powtarzała przecież w myślach, że jest wilą, nie kobietą. Pozostawała odseparowaną od tej śmiesznej walki między pierwiastkami męskiego i żeńskiego. Wychowana została bowiem przez człowieka, który miał się za boga poezji. Może i był bogiem. W końcu umarł i zmartwychwstał. Nie kwestionowała tego, bo była jego dzieckiem, jego dziedziczką. Boskość musiała więc po nim odziedziczyć tak samo jak odziedziczyła nazwisko. Odziedziczyła po nim przekonanie, że zawsze będzie lepszą, nieważne, że była córką, nie synem, bo to nigdy dla Armanda nie miało znaczenia. Wzrastała w poczuciu wyższości, które jednak nie oddaliło jej od ludzi, lecz do nich przybliżyło. Tak jak bowiem Armand uważał, że ludzie są bliscy bogom, tak Lorraine uważała, że bogowie są bliscy ludziom. Kochała więc jak bogini. Kochała kobiety, kochała mężczyzn. Kochała miłością beznadziejną, pozbawioną złudzeń, a jednak mile łechtaną obietnicami bez pokrycia. Kochała miłością wybaczającą, ale i pełną pogardy wobec dysproporcji, okrutną i nieskończenie czułą zarazem. Taką była właśnie miłość wili. W swej niestałości przypominała płynącą wodę. Przypominała ją także w stałości, bo nie sposób było przecież zmienić jej biegu. Nawet gdy próbowano, rzeka lojalnie powracała do swego koryta. A gdy nie mogła wrócić, wylewała swą miłość na ziemię, która nie mogła wytrzymać jej naporu. Lorraine była zbyt boleśnie sobą, żeby zrozumieć dylematy Flinta. Kochała świat posesywnie, tak jak bogini kochała owoce swego łona.
Gdy Dægberht ją zbył, nie przejęła się więc wcale, lecz łaskawie oparła głowę o jego ramię, pozwalając mu zabawić się swoimi mądrościami. Lubiła słuchać jego opowieści, przysłuchiwać się poematom, nawet, jeżeli opowiadały o nim. A może zwłaszcza dlatego. W naturze artystów leżało samolubstwo. Przecież w każdym obrazie Baldwina szukała jego samego, jego wspomnień pod werniksem. Głos jej ojca przebijał przez każdy werset napisanych przez niego wierszy. Gdy uczyła Oleandra gry na fortepianie, powtarzała mu, że gra wprzódy dla siebie samego. Taką była jej filozofia. Lorraine Malfoy zawsze grała dla siebie. Gdy dzieliła się swoją muzyką, dzieliła się sobą. Gdy za pomocą legilimencji przeszukiwała umysły innych ludzi, szukała w nich siebie, szukała podobieństw, przepuszczając cudze myśli przez filtr własnego jestestwa. Nie zrozumiałaby więc, dlaczego Flint wytyka samemu sobie zadufanie, odsłaniając przed nią portret tak intymny jak opowieść. Opowieści były przecież wszystkim.
– Szyfr... – zastanowiła się na głos, podłapawszy intrygującą myśl, z jaką postanowił podzielić się z nią Flint. – Szyfry krępują tajemnice. Są sztywne, nieustępliwe. Implikują coś skończonego, ale żyją tylko dopóki ktoś nie zdoła ich złamać. Można powiedzieć, że rodzą się martwe, więc nie dają sensu wspólnoty. Nie to co język, który nieustannie ulega rozwojowi. Język jest giętki, plastyczny. Nagina się do naszych potrzeb. Mieści w sobie nieskończoność. Znaczeń, ale i możliwości. Mieści w sobie życie.
Jak mogłaby sądzić inaczej, będąc córką poety?
Lorraine wydawała się zadowolona z wyjaśnień Berhta, który zaspokoił jej ciekawość. Wtulona delikatnie w przyjaciela, jeszcze przez chwilę przypatrywała się w zamyśleniu tajemniczej urnie, pozwalając myślom błądzić... Dopiero na dźwięk jego głosu, otrząsnęła się ze swej zadumy, odsuwając się tak, żeby móc zajrzeć Dægberhtowi w twarz.
– Nie mam pojęcia. W takich chwilach podobno warto zapytać o ekspertyzę – rzuciła nonszalancko Lorraine, przywołując słowa Flinta z początku ich rozmowy. Wystarczyło jednak, że machnęła różdżką, a stosik urn został schludnie opakowany papierem i pochowany do pudełek. Zaklęte puzderko z tajemniczymi żłobieniami również... Oto było wyposażenie godne wybrańca Matki! – Należy do ciebie – oznajmiła, obdarzając Flinta lekkim uśmiechem. – Przyjmij prezent darowany w podzięce za pracę twych rąk. Wierzę, że użyjesz go w zbożnym celu.
Koniec sesji