Dobrze że był już październik, bo dzięki temu nie czuła się w tym wszystkim, jakby zaraz miała się kompletnie ugotować. Rękawiczki, czapka i szalik, a do tego jeszcze narzuciła kaptur płaszcza. Tego samego z resztą, który kupowały na straganach rozstawionych na placyku na ulicy Pokątnej. Tak uzbrojona, i biorąc pod uwagę zmianę otoczenia na zupełnie inne miasto, byłaby zwyczajnie zaskoczona gdyby ktoś o nazwisku Borgin na nią napadł.
Uśmiechnęła się lekko do Brenny, kiedy ta na nią zerknęła. Ciemna uliczka wyglądała odrobinę podejrzanie, ale chyba była natura wszystkich wąskich i pozbawionych dobrego światła zaułków. Nie czuła w stosunku do Brenny żadnego żalu, jeśli chodziło o to jak musiała ukrywać się sama ze sobą. Wizyty w miastach musiały być krótkie i swobodnie mogła biegać po Księżycowym Stawie, ale nie mogła powiedzieć, że ograniczona przestrzeń jej przeszkadzała. Sama w sobie nie była zbyt ruchliwa, przede wszystkim siedząc w przydomowym ogrodzie albo pracowni, ale w tym wszystkim bardziej ranił ją prosty fakt, że musiała to robić. Że był to wymóg, by jej życie nie zostało stracone tak samo jak to należące do jej matki. Stroszyła się na świadomość tego, że okrucieństwo wygrywało, ograniczając nienaturalnie jej ruchy. Zwyczajnie tęskniła do wolności. Nie mogła zwyczajnie wyjść z domu i robić co chciała, a do tego musiała mieć na uwadze dobro otaczających ją osób. Nie, żeby zwykle tego nie robiła, ale... ale musiała brać pod uwagę, że mogła im się stać z jej powodu krzywda.
- Mhm, to to - pokiwała głową, wskazując wiszący niedaleko szyld, tak dla pewności. Niczym nie różnił się od tych, które przyczepione były do fasad innych sklepów, które ciągnęły się wzdłuż uliczki, ale chyba o to w tym wszystkim chodziło. - Rzucone są czary, że nie powinni tam wchodzić mugole. Widzą to jako zniszczony lokal, który jest od dawna zamknięty. No, chodźmy. Nie ma stać - poprawiła kaptur na głowie i ruszyła uliczką do wejścia knajpy.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.