09.04.2026, 20:38 ✶
Urd daleka była od uważania, że jej partner jest beznadziejny. Wręcz przeciwnie, jego reakcja utwierdzała ją w przekonaniu, że ten który chwycił ją z anielskiego lotu był wprost idealny. Przyjemny. Szarmancki. Wyraźnie zainteresowany.
Czy można było ją winić za fakt, że lubiła dać się porwać chwili, szczególnie gdy ta obiecywała jej być nader przyjemną chwilą. Wszak usta były tak blisko, szczególnie teraz, gdy i tak ujął jej podbródek niczym bohater poczytnych romansów. I tak odgarnął kosmyk włosów i tak zadawał pytania jakby wcale nie chciał znać na nie odpowiedzi.
Nie zdjęła maski, trochę żałowała, że nie może go poczarować jeszcze kolorem swoich oczu, ale była w pełni swojego ciała i faktu, że ma ono wiele, wiele innych atutów. Zamiast więc odpowiedzieć wprost, wysunęła się ku niemu napierając lekko na klatkę piersiową.
– Wiesz już wystarczająco wiele nieznajomy – wyszeptała w jego wargi na moment przed tym, jak złożyła na nich pocałunek, miękki i soczysty, słodki dojrzałą brzoskwinią zerwaną wprost z drzewa na lazurowym wybrzeżu.
Czyż nie o to chodziło w balach maskowych? O chwilę? O tajemnicę? O ten ułamek życia, w którym nie trzeba było się martwić. Zwłaszcza teraz, gdy ich ścieżki i tak się dotąd nie przecięły.
Urd rzadko kiedy zostawała w jednym miejscu, gnana pieśnią północnego wiatru, tęskniąc i kochając, pijąc i grając, czerpiąc garściami, jakby jutra miało nie być. Eliksiry przestały działać, a oni nie odważyli się sprawdzać, czy świecące szkiełko w ziemi było pułapką. Co innego mogło ich teraz usidlić. Co innego zabrać kilka cennych minut. Słodkich. Okrytych ciemnym całunem przyjemnie orzeźwiającego chłodu październikowego chłodu.
Czy można było ją winić za fakt, że lubiła dać się porwać chwili, szczególnie gdy ta obiecywała jej być nader przyjemną chwilą. Wszak usta były tak blisko, szczególnie teraz, gdy i tak ujął jej podbródek niczym bohater poczytnych romansów. I tak odgarnął kosmyk włosów i tak zadawał pytania jakby wcale nie chciał znać na nie odpowiedzi.
Nie zdjęła maski, trochę żałowała, że nie może go poczarować jeszcze kolorem swoich oczu, ale była w pełni swojego ciała i faktu, że ma ono wiele, wiele innych atutów. Zamiast więc odpowiedzieć wprost, wysunęła się ku niemu napierając lekko na klatkę piersiową.
– Wiesz już wystarczająco wiele nieznajomy – wyszeptała w jego wargi na moment przed tym, jak złożyła na nich pocałunek, miękki i soczysty, słodki dojrzałą brzoskwinią zerwaną wprost z drzewa na lazurowym wybrzeżu.
Czyż nie o to chodziło w balach maskowych? O chwilę? O tajemnicę? O ten ułamek życia, w którym nie trzeba było się martwić. Zwłaszcza teraz, gdy ich ścieżki i tak się dotąd nie przecięły.
Urd rzadko kiedy zostawała w jednym miejscu, gnana pieśnią północnego wiatru, tęskniąc i kochając, pijąc i grając, czerpiąc garściami, jakby jutra miało nie być. Eliksiry przestały działać, a oni nie odważyli się sprawdzać, czy świecące szkiełko w ziemi było pułapką. Co innego mogło ich teraz usidlić. Co innego zabrać kilka cennych minut. Słodkich. Okrytych ciemnym całunem przyjemnie orzeźwiającego chłodu październikowego chłodu.
sukienka poglądowo![[Obrazek: d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg]](https://i.pinimg.com/1200x/d3/39/b9/d339b9145232391de07864fc3dcac520.jpg)