- Myślę sobie, że gdzieniegdzie są siłą rzeczy takie miejsca tylko dla czarodziejów. Ale no Dziurawy Kocioł jest chyba najstarszy i największy. Mają tam łóżka i w ogóle... - więc nie był to tylko pub, a bardziej gospoda. Człowiek mógł tam zjeść, napić się i zamieszkać na jakiś czas, jeśli tego potrzebował. Oprócz tego był przy samym sercu czarodziejskiej społeczności, która wcale przecież taka wielka nie była; te trzy ulice rozciągające się w centrum Londynu napędzały pewnie większość gospodarki i dało się tam załatwić dosłownie wszystko.
- Nie teraz... nie chcę mu zawracać głowy. Nic mi nie jest i to może poczekać - uśmiechnęła się z pewną nieśmiałością. Było to niekomfortowe, ale też nie na tyle by wymagała natychmiastowej pomocy. Nie chciała więc niepotrzebnie zawracać Prewettowi głowy, tym bardziej że pewnie miał jeszcze dużo pracy w szpitalu, który powoli podnosił się po napływie pacjentów podczas Spalonej Nocy i zaraz po niej.
Weszły do środka pubu i rozejrzały się dookoła. Na pierwszy rzut oka Dorze wydawało się, że miejsce wygląda jak każdy inny tego typu lokal w Anglii. Parę osób siedziało przy stolikach ustawionych w środku, ale było tu raczej pustawo, co pewnie można było zepchnąć na porę dnia, bo przecież wcale późno nie było. Przy barze natomiast znajdował się oczywiście barman i Dora podreptała za Brenną, pozwalając jej mówić, samej uśmiechając się tylko do mężczyzny przelotnie spod szalika.
Anders siedział w środku. Wspaniale. Crawleyówna obejrzała się, lustrując na nowo stoliki i z pewnym zainteresowaniem przekrzywiła głowę, kiedy okazało się że pan Anders wpisywał się urodą raczej w kategorię postaci pierwszoplanowych z powieści romantycznych. Więcej, pewnie mógłby uchodzić za głównego bohatera.
- Bren, on wygląda jak prosto z książek - wyszeptała do przyjaciółki, kiedy barman zajął się swoimi sprawami, a rzeczony Finnegan wstawał od stolika. - Może to twoja szansa.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.