11.04.2026, 19:19 ✶
Oczywiście, że zasiedziała się w bibliotece, ale mchy nie mogły na nią czekać. Ani storczyki, ani fiołki, ani psiankowate. Moża by wymieniać w nieskończoność, ponieważ roślin na świecie jest co nie miara, a Delyra Lestrange kochała wszystkie. Nawet jeżeli były trujące, miały ciernie lub były po prostu kłujące. W jej głowie nie istniał podział na rośliny magiczne i mugolskie, każde były tak samo warte uwagi. Zielsko dzieliło się tylko na lecznicze i trujące.
I właśnie tym razem, dla odmiany, śledziła poczynania magicznych botaników, zajmujących się leczniczymi działaniami madragór. Podobno w średniowieczu uważano je za afrodyzjak, ale według kilku wierzeń, korzenie oblane jakąś miksturą i powieszone na suficie potrafiły omamić i nawet zabrać duszę! Działało to prędzej pod względem izolacji ofiary i jej samotności niż faktycznie magicznie zamieniało ludzi w narzędzie oraz naczynie na ideę. Lyra nie do końca wierzyła w bujdy średniowieczne. Musiałaby je sama przetestować.
Niestety przez nocne zagłębianie wiedzy, której zdecydowanie na szóstym roku nie potrzebowała, prawie została złapana na gorącym uczynku przez prefektów. Dzięki swojej idealnie wykształconej umiejętności kłamania i cukrowania przekonała dziewczynę, że faktycznie już wybierała się do łóżka. Oczywiście nie przyznała, że jeszcze musi trochę przed snem z toalety zrobić.
Za bardzo zajęta była lustrowaniem, jak delikatne stawały się rysy twarzy prefektki Puchonów pod wpływem światła świecy, którą ze sobą wszędzie zabierała. Na chwilę przez to zabrakło jej oddechu i zapomniała się odezwać na odchodne.
Na spokojnie, nie spiesząc się, podążyła krokiem godnym szlachciankę, którą niewątpliwie była, do dormitoriów Ślizgonów, żeby zabrać potrzebne rzeczy na dziesięciokrokową pielęgnację skóry stworzoną specjalnie dla niej od niej. Do tego jeszcze sprzątnęła z szafki różdzkę i koszulę nocną.
W jak wielkie zdziwienie wprawił ją Seisyll, który wparował do Łazienki Jęczącej Marty. Delyra też nie powinna tam być przez owego ducha, ale akurat nakładała serum z lawendy na policzki i delikatnie je wsmarowywała. Została nakryta w środku ruchu.
Nastolatek się odezwał, a ona instynktownie próbowała zasłonić się. Nie spodziewała się gości w łazience, szczególnie, gdy przez pół przezroczystą koszulę nocną wyzierał na świat jej dekolt. Na szczęście na materiale znajdowały się wyszyte korony kwiatów, które jako tako nadawały tekstylium nieprzepuszczalności.
— Cześć? — odezwała się niepewnie, bardziej zdziwiona niż faktycznie przerażona niezapowiedzianą wizytą chłopaka.
— Nie powinieneś byś w łóżku o tej godzinie? — zapytały bardziej instynkty Delyry niż ona sama, nie mogła powstrzymać tego pytania. A nie była przecież w żaden sposób opiekuńcza wobec osób trzecich. Może chodziło jej o ciszę i spokój łazienki, który Seisyll zaburzył swoją obecnością?
Mimo uważania chłopaka za intruza swoich rytuałów piękności w środku nocy, Lyra zmierzyła go wzrokiem. Był jeszcze w mundurku z krawatem. Zmarszczyła brwi, oceniając go w głowie. Co on w ogóle chciał? Od niej? Od łazienki? Od Marty? Każdy chciał od Marty, by zamknęła jadaczkę. Ale coś poza tym?
I właśnie tym razem, dla odmiany, śledziła poczynania magicznych botaników, zajmujących się leczniczymi działaniami madragór. Podobno w średniowieczu uważano je za afrodyzjak, ale według kilku wierzeń, korzenie oblane jakąś miksturą i powieszone na suficie potrafiły omamić i nawet zabrać duszę! Działało to prędzej pod względem izolacji ofiary i jej samotności niż faktycznie magicznie zamieniało ludzi w narzędzie oraz naczynie na ideę. Lyra nie do końca wierzyła w bujdy średniowieczne. Musiałaby je sama przetestować.
Niestety przez nocne zagłębianie wiedzy, której zdecydowanie na szóstym roku nie potrzebowała, prawie została złapana na gorącym uczynku przez prefektów. Dzięki swojej idealnie wykształconej umiejętności kłamania i cukrowania przekonała dziewczynę, że faktycznie już wybierała się do łóżka. Oczywiście nie przyznała, że jeszcze musi trochę przed snem z toalety zrobić.
Za bardzo zajęta była lustrowaniem, jak delikatne stawały się rysy twarzy prefektki Puchonów pod wpływem światła świecy, którą ze sobą wszędzie zabierała. Na chwilę przez to zabrakło jej oddechu i zapomniała się odezwać na odchodne.
Na spokojnie, nie spiesząc się, podążyła krokiem godnym szlachciankę, którą niewątpliwie była, do dormitoriów Ślizgonów, żeby zabrać potrzebne rzeczy na dziesięciokrokową pielęgnację skóry stworzoną specjalnie dla niej od niej. Do tego jeszcze sprzątnęła z szafki różdzkę i koszulę nocną.
W jak wielkie zdziwienie wprawił ją Seisyll, który wparował do Łazienki Jęczącej Marty. Delyra też nie powinna tam być przez owego ducha, ale akurat nakładała serum z lawendy na policzki i delikatnie je wsmarowywała. Została nakryta w środku ruchu.
Nastolatek się odezwał, a ona instynktownie próbowała zasłonić się. Nie spodziewała się gości w łazience, szczególnie, gdy przez pół przezroczystą koszulę nocną wyzierał na świat jej dekolt. Na szczęście na materiale znajdowały się wyszyte korony kwiatów, które jako tako nadawały tekstylium nieprzepuszczalności.
— Cześć? — odezwała się niepewnie, bardziej zdziwiona niż faktycznie przerażona niezapowiedzianą wizytą chłopaka.
— Nie powinieneś byś w łóżku o tej godzinie? — zapytały bardziej instynkty Delyry niż ona sama, nie mogła powstrzymać tego pytania. A nie była przecież w żaden sposób opiekuńcza wobec osób trzecich. Może chodziło jej o ciszę i spokój łazienki, który Seisyll zaburzył swoją obecnością?
Mimo uważania chłopaka za intruza swoich rytuałów piękności w środku nocy, Lyra zmierzyła go wzrokiem. Był jeszcze w mundurku z krawatem. Zmarszczyła brwi, oceniając go w głowie. Co on w ogóle chciał? Od niej? Od łazienki? Od Marty? Każdy chciał od Marty, by zamknęła jadaczkę. Ale coś poza tym?