11.04.2026, 20:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 20:26 przez Gabriel Montbel.)
Alkohol? Odhaczone.
Wspólna aktywność najlepiej fizyczna, wystarczająco prosta, by ciało i duch mogły wpaść w odpowiedni rytm? Odhaczone.
Kilka seksistowskich żartów, dbających o to, żeby mężczyźni czuli się mężczyznami? Odhaczone.
Kadzidełko odpalone na rozluźnienie bo ten rozpuszczalnik jednak za mocno daje, a mogłem otworzyć whisky, to nie było by większej różnicy? Odhaczone.
Small talk? Odhaczone.
Gabriel skłamałby, gdyby powiedział, że nie bawił się przy tym dobrze, albo że renowacja kuchni nie była jego pierwszym i najważniejszym celem na dzisiejszy wieczór. Gra w psychoterapeutyczne bingo sprawiała mu jednak tyle frajdy, nadając niewątpliwie dodatkowego waloru całej nocy w tak niepozornym dla nieśmiertelnego działaniu. .
Przysiadł teraz na jednej z opróżnionych wiader po farbie, na której umieścił samotną poduszkę ze zniszczonego krzesła. W palcach trzymał czarę kieliszka i kołysał nim lekko, przypatrując się dziełu ich rąk.
Satysfakcja.
Dawno tego nie czuł. Stanowczo zbyt dawno.
Do naprawienia tej nocy pozostało jeszcze jedna drewniana skrytka. Gabriel jednak nie zamierzał uporczywie wpatrywać się w mózg towarzyszącego mu mężczyzny, aby ten nie poczuł się nieswojo. Wręcz przeciwnie - bingo było kompletne, więc moment zdawał się wart podjęcia drugiej próby. Nim zdążył to zaproponować, padło jednak pytanie, które uniosło jego brwi wysoko ku górze. Jednak się odwrócił do Aarona, nie sądząc, że ten będzie go w stanie tak zdziwić.
– Co? Ja? Za... – zaśmiał się na tę absurdalną myśl szczerością dawno zapomnianą. Wypił wino do zera, naczynie odstawił na ziemię i podniósł się ze swojego miejsca. – Jestem jej dłużnikiem, obiecałem dorwać kilku drani narażających się dawno zawartemu pokojowi, między żywymi i nieumarłymi mojego rodzaju – odpowiedział szczerze. – Normalnie zamieszkałbym gdzieś w Londynie, ale po rewolucyjnych porządkach nie lubię zapachu spalenizny. – W dłoniach znów pojawiło się wahadełko. – A skoro już o spaleniźnie mowa. Gotów na drugą turę? – zapytał łagodnie, znając doskonale odpowiedź. Moody nigdy nie będzie w pełni gotów, nawykiem aurora, który zbyt wiele czasu poświęcił na to, by nikogo nie wpuszczać do swojej głowy. To wyzwanie tylko podsycało apetyt.
Gdy więc mężczyzna wyraził zgodę, podeszli do zagadnienia po raz drugi pośród odmalowanych szafek i zapachu farby. O wiele bardziej swojskie klimat dla mężczyzny gotowego przemieszczać się korytarzem dupą do ściany na samą myśl, że wampir byłby nim zainteresowany nieco bardziej... intensywnie.
– Policzę do 10 w dół, oddychaj razem ze mną, zabierz mnie w to miejsce, w ten czas. Pomogę Ci... Dziesięć... – mruczał leniwie wprawiając wahadełko w ruch z wprawą ciążących na jego karku wieków. – Dziewięć... – stara ścieżka, wytarta ścieżka. Tym razem powinno się nią podążać o wiele prościej.
Wspólna aktywność najlepiej fizyczna, wystarczająco prosta, by ciało i duch mogły wpaść w odpowiedni rytm? Odhaczone.
Kilka seksistowskich żartów, dbających o to, żeby mężczyźni czuli się mężczyznami? Odhaczone.
Kadzidełko odpalone na rozluźnienie bo ten rozpuszczalnik jednak za mocno daje, a mogłem otworzyć whisky, to nie było by większej różnicy? Odhaczone.
Small talk? Odhaczone.
Gabriel skłamałby, gdyby powiedział, że nie bawił się przy tym dobrze, albo że renowacja kuchni nie była jego pierwszym i najważniejszym celem na dzisiejszy wieczór. Gra w psychoterapeutyczne bingo sprawiała mu jednak tyle frajdy, nadając niewątpliwie dodatkowego waloru całej nocy w tak niepozornym dla nieśmiertelnego działaniu. .
Przysiadł teraz na jednej z opróżnionych wiader po farbie, na której umieścił samotną poduszkę ze zniszczonego krzesła. W palcach trzymał czarę kieliszka i kołysał nim lekko, przypatrując się dziełu ich rąk.
Satysfakcja.
Dawno tego nie czuł. Stanowczo zbyt dawno.
Do naprawienia tej nocy pozostało jeszcze jedna drewniana skrytka. Gabriel jednak nie zamierzał uporczywie wpatrywać się w mózg towarzyszącego mu mężczyzny, aby ten nie poczuł się nieswojo. Wręcz przeciwnie - bingo było kompletne, więc moment zdawał się wart podjęcia drugiej próby. Nim zdążył to zaproponować, padło jednak pytanie, które uniosło jego brwi wysoko ku górze. Jednak się odwrócił do Aarona, nie sądząc, że ten będzie go w stanie tak zdziwić.
– Co? Ja? Za... – zaśmiał się na tę absurdalną myśl szczerością dawno zapomnianą. Wypił wino do zera, naczynie odstawił na ziemię i podniósł się ze swojego miejsca. – Jestem jej dłużnikiem, obiecałem dorwać kilku drani narażających się dawno zawartemu pokojowi, między żywymi i nieumarłymi mojego rodzaju – odpowiedział szczerze. – Normalnie zamieszkałbym gdzieś w Londynie, ale po rewolucyjnych porządkach nie lubię zapachu spalenizny. – W dłoniach znów pojawiło się wahadełko. – A skoro już o spaleniźnie mowa. Gotów na drugą turę? – zapytał łagodnie, znając doskonale odpowiedź. Moody nigdy nie będzie w pełni gotów, nawykiem aurora, który zbyt wiele czasu poświęcił na to, by nikogo nie wpuszczać do swojej głowy. To wyzwanie tylko podsycało apetyt.
Gdy więc mężczyzna wyraził zgodę, podeszli do zagadnienia po raz drugi pośród odmalowanych szafek i zapachu farby. O wiele bardziej swojskie klimat dla mężczyzny gotowego przemieszczać się korytarzem dupą do ściany na samą myśl, że wampir byłby nim zainteresowany nieco bardziej... intensywnie.
– Policzę do 10 w dół, oddychaj razem ze mną, zabierz mnie w to miejsce, w ten czas. Pomogę Ci... Dziesięć... – mruczał leniwie wprawiając wahadełko w ruch z wprawą ciążących na jego karku wieków. – Dziewięć... – stara ścieżka, wytarta ścieżka. Tym razem powinno się nią podążać o wiele prościej.
Zauroczenie ◉◉◉◉○, Hipnoza na ekstrakcję Strachu przed imieniem - podejście drugie
Rzut PO 1d100 - 46
Sukces!
Sukces!