11.04.2026, 23:10 ✶
Oczywiście, że pamiętała, że dziś Dzień Szeptów. Mimo to nie sądziła, że skończy gdzieś na walijskich plażach, w okolicach wybrzeży Pembrokeshire, jednego z tych miejsc, gdzie tradycyjnie tych szeptów nasłuchiwano. Ten dzień pracy jakoś nie chciał się skończyć, a wczorajszy i dzisiejszy zlewały się ze sobą wręcz, przerwane zaledwie paroma godzinami poza robotą, i nawet nie pomyślała o braniu udziału w tradycji. Ale potem wreszcie wypłynął adres, pod którym być – może – rezydował – Blount. Okolica, przynajmniej póki co, okazała się absolutnie pozbawiona śladów czarnomagicznej aktywności oraz wskazówek, co do tożsamości, za to…
Dom był akurat tutaj.
Ironia losu.
Nie mogła nie pomyśleć o wuju: od Beltane upłynęło więcej czasu niż od Spalonej Nocy, ale myśli same umykały ku niemu, ku dniu pogrzebu, ku późniejszym, drobniejszym stratom. Ale choć przez chwilę wpatrywała się gdzieś ku morzu, oświetlanemu przez promienie zniżającego się ku wodzie słońca i nasłuchiwała wiatru, jakby spodziewając się, że faktycznie usłyszy, jak ten niesie ze sobą głosy, zaraz jej spojrzenie i myśli uciekły ku Atreusowi. Śmierć Derwina bolała, ale wiedziała, że strata Erika bolałaby znacznie bardziej, i nieważne, jak mocno udawał, że wszystko w porządku, nie dało się w to uwierzyć. Przez moment zastanawiała się, czy powinna coś powiedzieć, a jeśli tak, to co właściwie, ale w końcu zamiast tego po prostu po chwili zawahania sięgnęła ku jego dłoni, w której akurat nie trzymał papierosa.
Zastanawiała się też, czy to byłby dobry moment na wystrzelenie, że hej, w sumie to pewnie się domyślasz, ale tak dla porządku, jeśli już czasem zdarza mi się wyjść z pracy, to załatwiam różne rzeczy przeciwko śmierciożercom po godzinach. Chyba marna chwila, zważywszy na ponury nastrój Atreusa.
– Nikt cię nie dorwał wczoraj na tej całej klątwie poltergeista? – spytała w końcu, po długiej chwili, gdy ciszę wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych szeptów, żadnych głosów. Umarli nie mówią, pomyślała Brenna. Odeszli i ich głosy zamilkły na zawsze.
Kosteczki
1 – Atre coś słyszy
2 – Bren coś słyszy
3 – na razie nikt nic nie słyszy
Dom był akurat tutaj.
Ironia losu.
Nie mogła nie pomyśleć o wuju: od Beltane upłynęło więcej czasu niż od Spalonej Nocy, ale myśli same umykały ku niemu, ku dniu pogrzebu, ku późniejszym, drobniejszym stratom. Ale choć przez chwilę wpatrywała się gdzieś ku morzu, oświetlanemu przez promienie zniżającego się ku wodzie słońca i nasłuchiwała wiatru, jakby spodziewając się, że faktycznie usłyszy, jak ten niesie ze sobą głosy, zaraz jej spojrzenie i myśli uciekły ku Atreusowi. Śmierć Derwina bolała, ale wiedziała, że strata Erika bolałaby znacznie bardziej, i nieważne, jak mocno udawał, że wszystko w porządku, nie dało się w to uwierzyć. Przez moment zastanawiała się, czy powinna coś powiedzieć, a jeśli tak, to co właściwie, ale w końcu zamiast tego po prostu po chwili zawahania sięgnęła ku jego dłoni, w której akurat nie trzymał papierosa.
Zastanawiała się też, czy to byłby dobry moment na wystrzelenie, że hej, w sumie to pewnie się domyślasz, ale tak dla porządku, jeśli już czasem zdarza mi się wyjść z pracy, to załatwiam różne rzeczy przeciwko śmierciożercom po godzinach. Chyba marna chwila, zważywszy na ponury nastrój Atreusa.
– Nikt cię nie dorwał wczoraj na tej całej klątwie poltergeista? – spytała w końcu, po długiej chwili, gdy ciszę wypełniał tylko szum wiatru. Żadnych szeptów, żadnych głosów. Umarli nie mówią, pomyślała Brenna. Odeszli i ich głosy zamilkły na zawsze.
Kosteczki
1 – Atre coś słyszy
2 – Bren coś słyszy
3 – na razie nikt nic nie słyszy
Rzut 1d3 - 3
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.