14.03.2023, 00:47 ✶
- Nie, do mojej cery nie mają uwag. Natomiast babcia uważa, że powinnam bardziej zadbać o włosy, ciocia, że powinnam poprawić sobie nos, a prababcia, że powinnam ubierać się bardziej kobieco... jeśli chodzi o cerę, to uważają, że z twoją jest coś nie tak, ale chyba po prostu dlatego, że ostatnio widzieli cię... w pewnym okresie w miesiącu– wyrecytowała Brenna automatycznie na słowa Erika. I nawet w tym przypadku nie było to jej zwykłe rozgadanie, a prawda. Jej krewni z domu Potterów nie zawsze potrafili zrozumieć, dlaczego mogąc poprawić sobie twarz, tego nie zrobiła. A już właściwie nikt z nich nie pojmował, dlaczego nie zadbała o to, aby jej włosy wyglądały idealnie.
- Nie zdarzy się żaden wypadek – ucięła stanowczo Brenna. Była czarnowidzem, owszem, ale nie aż takim. – Chociaż faktycznie, myślę, że będzie wam raźniej we dwójkę – zgodziła się, posyłając Wood uśmiech. Była absolutnie nieświadoma, że ta uważa, że Brenna znała się na wszystkim. Na nieszczęście tak nie było. Nie miała pojęcia o wielu ważnych dziedzinach magii. Oklumencji choćby, której bardzo mogła potrzebować.
- Latałam w Hogwarcie, ale od tamtego czasu tego nie robiłam. Wolę teleportację albo na krótkie dystanse przemieszczam się jako wilk – przyznała Brenna. – To znaczy do niedawna. I miotła próbowała mnie zabić, i tego dnia próbowała też zabić moją kuzynkę, stąd mamy nowe dochodzenie – parsknęła. Mogło brzmieć to jak żart, ale Brenna ani trochę nie żartowała. Naprawdę na ich biurkach pojawiła się sprawa dotycząca narażenia zdrowia i życia za pomocą klątwy rzuconej na miotły. – Trochę się więc zraziłam.
Zasadniczo nie była pewna, czy w ogóle zechce znów trenować latanie na miotle.
Sprzedawca na słowa Brenny zaczął wykładać na ladę kolejne pudełeczka. A ona przeglądała je, z radosnym uśmiechem na twarzy, i komentowała po swojemu, plotąc te „brennowe” głupoty, jakby wcale, ale to wcale nie spodziewała się, że jutro może skończyć się świat.
- Popatrz, tu mam świeczki jako dodatek do prezentu dla Mab. Wiem, że Nora robi świetne świeczki, ale te są w kształcie kotków. A tutaj świece relaksacyjne, które chciała mama i kadzidło, żeby udobruchać babcię, bo zgubiłam spinkę, którą mi dała – plotła Brenna, a jednocześnie bardzo sprawnie dzieliła wszystkie zamówione rzeczy na trzy kupki. Jedna zawierała właśnie te wszystkie prezenty i inne rzeczy kupione dla niepoznaki. Druga świece, trzecia zaś – kadzidła. Tę drugą Brenna wręczyła Erika, a trzecią Heather. Sama zabrała pierwszą, największą, z którą miała zamiar potem się teleportować. – Życzycie sobie może coś jeszcze? – spytała, niemalże z maniakalnym uśmiechem kogoś, kto właśnie wpadł w szał zakupów i jest gotów wykupić cały sklep. Nie, wcale nie przyszła tutaj konkretnie po te magiczne świeczki, podobno absolutnie niezbędne dla nich podczas Beltaine.
- Nie zdarzy się żaden wypadek – ucięła stanowczo Brenna. Była czarnowidzem, owszem, ale nie aż takim. – Chociaż faktycznie, myślę, że będzie wam raźniej we dwójkę – zgodziła się, posyłając Wood uśmiech. Była absolutnie nieświadoma, że ta uważa, że Brenna znała się na wszystkim. Na nieszczęście tak nie było. Nie miała pojęcia o wielu ważnych dziedzinach magii. Oklumencji choćby, której bardzo mogła potrzebować.
- Latałam w Hogwarcie, ale od tamtego czasu tego nie robiłam. Wolę teleportację albo na krótkie dystanse przemieszczam się jako wilk – przyznała Brenna. – To znaczy do niedawna. I miotła próbowała mnie zabić, i tego dnia próbowała też zabić moją kuzynkę, stąd mamy nowe dochodzenie – parsknęła. Mogło brzmieć to jak żart, ale Brenna ani trochę nie żartowała. Naprawdę na ich biurkach pojawiła się sprawa dotycząca narażenia zdrowia i życia za pomocą klątwy rzuconej na miotły. – Trochę się więc zraziłam.
Zasadniczo nie była pewna, czy w ogóle zechce znów trenować latanie na miotle.
Sprzedawca na słowa Brenny zaczął wykładać na ladę kolejne pudełeczka. A ona przeglądała je, z radosnym uśmiechem na twarzy, i komentowała po swojemu, plotąc te „brennowe” głupoty, jakby wcale, ale to wcale nie spodziewała się, że jutro może skończyć się świat.
- Popatrz, tu mam świeczki jako dodatek do prezentu dla Mab. Wiem, że Nora robi świetne świeczki, ale te są w kształcie kotków. A tutaj świece relaksacyjne, które chciała mama i kadzidło, żeby udobruchać babcię, bo zgubiłam spinkę, którą mi dała – plotła Brenna, a jednocześnie bardzo sprawnie dzieliła wszystkie zamówione rzeczy na trzy kupki. Jedna zawierała właśnie te wszystkie prezenty i inne rzeczy kupione dla niepoznaki. Druga świece, trzecia zaś – kadzidła. Tę drugą Brenna wręczyła Erika, a trzecią Heather. Sama zabrała pierwszą, największą, z którą miała zamiar potem się teleportować. – Życzycie sobie może coś jeszcze? – spytała, niemalże z maniakalnym uśmiechem kogoś, kto właśnie wpadł w szał zakupów i jest gotów wykupić cały sklep. Nie, wcale nie przyszła tutaj konkretnie po te magiczne świeczki, podobno absolutnie niezbędne dla nich podczas Beltaine.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.