14.03.2023, 00:48 ✶
Ulysses nie wyglądał jakby się dobrze bawił podczas święta Beltaine. Pojawił się na nim w towarzystwie Alanny – koleżanki z pracy i spoza pracy oraz siostry Vespery. Szedł powoli, sztywno wyprostowany, za wszelką cenę starając się nie obracać głową na boki i nie rejestrować tego, co działo się dookoła. To, że działo się tak wiele i było tu tak dużo ludzi, naturalnie utrudniało mu mocno istnienie w tym momencie.
Przyszedł tu podrzucić kamień. Dokładnie po to. Wcale nie interesowała go loteria z goblinem, pierścionki, pączki i rysunki. Nawet potencjalne spędzenie nocy z ukochaną, gdyby taką posiadał (albo z jakąś inną przypadkową kobietą) wcale go nie interesowało. Dla młodego Rookwooda było tu stanowczo zbyt wiele bodźców, które go jednocześnie rozpraszały i sprawiały, że skupiał na nich przesadną uwagę.
Ubrany był tak jak zwykle: to jest szedł w garniturze, pod koszulą i krawatem. Kiedy pojawił się na polanie nawet buty miał wypastowane, ale z każdym krokiem, z każdym grzęźnięciem w miękkiej trawie, z każdym przypadkowym otarciem o cudzy but, te stawały się coraz mniej wypastowane i mniej błyszczące. O nich też myślał. O tym, że najchętniej usiadłby gdzieś z boku i je wyczyścił.
- Może… może najpierw załatwimy to, co po co tutaj przyszliśmy? – zapytał powoli, pytanie kierując bezpośrednio do swoich towarzyszek. Właściwie wszyscy przyszli tutaj w tym samym celu. – To kto pierwszy? Vesp? Alanna? Ja?
Ostatecznie odczekał na decyzję towarzyszek i skierował się razem z nimi w stronę pierwszego z miejsc, gdzie mieli zostawić kamienie.
Przyszedł tu podrzucić kamień. Dokładnie po to. Wcale nie interesowała go loteria z goblinem, pierścionki, pączki i rysunki. Nawet potencjalne spędzenie nocy z ukochaną, gdyby taką posiadał (albo z jakąś inną przypadkową kobietą) wcale go nie interesowało. Dla młodego Rookwooda było tu stanowczo zbyt wiele bodźców, które go jednocześnie rozpraszały i sprawiały, że skupiał na nich przesadną uwagę.
Ubrany był tak jak zwykle: to jest szedł w garniturze, pod koszulą i krawatem. Kiedy pojawił się na polanie nawet buty miał wypastowane, ale z każdym krokiem, z każdym grzęźnięciem w miękkiej trawie, z każdym przypadkowym otarciem o cudzy but, te stawały się coraz mniej wypastowane i mniej błyszczące. O nich też myślał. O tym, że najchętniej usiadłby gdzieś z boku i je wyczyścił.
- Może… może najpierw załatwimy to, co po co tutaj przyszliśmy? – zapytał powoli, pytanie kierując bezpośrednio do swoich towarzyszek. Właściwie wszyscy przyszli tutaj w tym samym celu. – To kto pierwszy? Vesp? Alanna? Ja?
Ostatecznie odczekał na decyzję towarzyszek i skierował się razem z nimi w stronę pierwszego z miejsc, gdzie mieli zostawić kamienie.