Dla Ururu to była również nowa przygoda. Co prawda nie pierwszy raz uciekał i nie pierwszy raz złamał jakiś regulamin, ale włóczęga po piwnicach... Cóż, może chciał się tu zaszyć by odświeżyć słodkie wspomnienia lochów Hogwartu.
Puścił dłoń czarownicy, jako że nie było to już konieczne. Różdżki jednak nie chował. BUMowiec wciąż mógł ich znaleźć. A Ururu nie znał zaklęć nienamierzających i innych takich.
Spojrzał na Avelinę, gdy się odezwała. Sam milczał w swoim lekkim, standardowym uśmiechu. Mogło to być odebrane wieloznacznie, ale Ururu tak utrzymywał rozmowę. Panna Paxton nie była dla niego wymarzonym partnerem zbrodni, ale udało jej się dorównać mu kroku i powinna dostać za to medal. Marquez docenił jej starania, a może to kwestia wdzięczności za odbytą rozmowę.
— Pewnie nie będę mógł się już pokazać w tej restauracji — odparł nagle. Trochę szkoda mu było, mieli tam dobre jedzenie. — Och, dziękuję bardzo panience za to spotkanie. Za wszystkie odpowiedzi. To wiele dla mnie znaczy — powiedział z szerokim uśmiechem. — Hm... I przepraszam za niedogodności... Naprawdę nie rozumiem, czemu nie miałem ze sobą pieniędzy...
Na pewno chował sakiewkę przed wyjściem. Mogła mu wypaść z powodu nadmiaru śmieci w kieszeniach. Albo padł ofiarą niezwykle dobrego kieszonkowca. A może wcale jej nie zabrał z domu? Odkąd wrócił do świata, nie był sobą. Jego pamięć czasem zawodziła, nad czym ubolewał.
— Czy mieszka panienka w dzielnicy magicznej? Jeśli tak, mogę pomóc odprowadzić do domu. Nie byłoby bezpiecznie, gdyby panienka sama wracała. Brygadzista wciąż tam gdzieś jest.