Nie zwykł zastanawiać się nad tym, dlaczego był jaki był. Pewnie gdyby Louvain teraz zapytałby go o te rzeczy, tylko wzruszyłby ramionami, a potem zapytał co dokładnie miał na myśli, bo najtrudniej było dopatrzeć się swoich własnych zachowań i schematów. Teraz, siedząc obok przyjaciela, nie miał się czym w gruncie rzeczy przejmować. Stadion sam w sobie uspokajał, mgła oblepiała ciało i myśli, a papieros dodatkowo uspokajał wszystko to, co mogło dziać się w środku i próbować kiełkować na zewnątrz. Może w tym wszystkim miał udział fakt, z jakiej rodziny pochodził. Potomkowie Roweny Rawenclaw, strażnicy tajemnic i obdarzeni od pokoleń trzecim okiem. Widzieli więcej. Wiedzieli więcej. I nawet jeśli sam Atreus nie widział dokładnie ani przyszłości, ani przeszłości, to meandry wielościeżek zawsze go otaczały. Wiedział jak funkcjonuje ten świat, który znajdował się niedostępny dla większości czarodziejów i nauczył się akceptować niektóre rzeczy. Głęboko w nim istniała też zakorzeniona potrzeba, by istnieć tu i teraz. Aurowidzowie podobno mieli to do siebie, odsuwając wszelkie gdyby, co jeśli i trzeźwe spojrzenie na konsekwencje przeszłych działań. Siła czy prostota - czemu nie oba, kiedy wszystko było takie jak być musiało?
- Ah - mruknął, jakby nagle zrozumiał wszystko. Jakby w tym momencie połączył wszystkie, do tej pory rozrzucone niedbale kropki i stworzył z nich pełen obraz. Napięcie w ruchach Lou stało się bardziej uzasadnione, tak samo jak i ulga, która zdawała się przyjść z głębszym oddechem. Wyciągnął w jego stronę papierosa. - Może to i lepiej - podsumował w ślad za nim, bo prawda niestety była taka, że ostatnie wydarzenia z Lorettą w roli głównej były zwyczajnie katastrofalne. W gruncie rzeczy lubił ją, bo czemu miałby nie. Ożywiała towarzystwo, wzbudzała emocje i sprawiało że było ciekawiej. Rozumiał jednak jak męcząca być mogła, kiedy było się jej bratem. Jak nużące mogły być wszystkie próby zachowania twarzy. - A co z pieprzeniem Mulcibera? Ma to jakieś znaczenie, czy wystarczy poczekać aż wszyscy o tym zapomną? - zerknął kątem oka na niego, obserwując go w podobny sposób jak on robił to jeszcze przed chwilą. W nazwisku Alexandra mimowolnie zatańczyła jakaś gorycz i obrzydzenie, bo jakby nie patrzeć reprezentował sobą wszystko to, czego osoba o jego statusie nie powinna. Gdyby mógł, wyciąłby go jak raka i byłaby to przysługa dla całej socjety.