13.04.2026, 14:13 ✶
Cressida… Cressida rozumiała się sama przez się. Nawet gdyby bardzo chciał zapewniać, że wszystko z nią w porządku (a przecież nie planował), to Lestrange sama miała okazję widzieć ją w szczycie szału. Co więcej skakała nie tylko do samego Christophera, co można by jeszcze uznać za usprawiedliwione, szukać winy w nim albo w goryczy złamanego serca, ale rzucała się i do Lestrange…
– Mogę z całą pewnością stwierdzić, że moim typem nie są kobiety usiłujące mnie bić w miejscach publicznych i zrywających z wieszaków suknie warte wiele galeonów – zapewnił, tak dla efektu przykładając jeszcze dłoń do serca, jakby chciał zagwarantować, że mówi w stu procentach poważnie. Lubił w Cressidzie jej pasję, artystyczne zacięcie, ambicję, pewien spryt, początkowo nawet trochę tę zaborczość wobec niego. Ale huśtawki nastrojów, napady złości i zazdrości oraz rosnące żądania szybko zaczęły go męczyć.
Zmarszczył na moment brwi, gdy wspomniała o odbiciu. Nie uznał jej za wariatkę, nie uznał i że kłamie, z tego prostego powodu choćby, że sam był świadkiem, jak w tamtejszej szklarni działy się dziwne rzeczy, i nie chodziło tylko o czarne róże.
– Nie ma szans, że budzi się u ciebie trzecie oko? – zapytał, bo była to jego pierwsza myśl. Nie znał się na tym zupełnie, zwłaszcza że wróżbiarstwo było dziedziną magii mało ścisłą, ale coś tam słyszał, że jak niektórzy widzieli przyszłość, tak inni mogli spojrzeć w przeszłość. – Pamiętam, co działo się w tej szklarni i te czarne róże… Mówiłaś chyba, że kiedyś już rosły w ogrodach? Czy to było za życia twojej babki?
Może miała w tym jakiś sposób coś wspólnego? Albo te róże jakoś przywoływały duchy? Christopher pokręcił powoli głową, jakby chcąc się otrząsnąć z takich rzeczy. Niby był artystą, ale też pod pewnymi względami pozostawał wręcz zadziwiająco przyziemny, trzymając się z daleka od takich spraw jak zaświaty czy przedziwna magia, wzbudzająca zainteresowania Niewymownych.
Sauriel Rookwood był trochę jak żywcem wyjęty z kart powieści romantycznych, zły chłopiec, w istocie skrzywdzony przez świat, przystojny, mroczny, kroczący pośród cieni, w sensie dosłownym i przenośnym. Oferował emocje, przygody, wszystko, co mieniło się czerwienią. Z punktu widzenia rozsądku był okropną partią, a jednocześnie był taką, w której każda niemal dziewczyna jeśli nawet nie zakochała się przynajmniej raz, to przynajmniej czasem marzyła. Chris nie mógłby się bardziej od niego różnić, przy nim zapewne był wręcz nudny – ale też chyba zbyt pewny siebie, aby jakoś bardzo się tym przejmował.
– W takim razie wypijmy za nowe rozdziały – powiedział jedynie, sięgając po świeżo przyniesioną butelkę wina, by nalać sobie i dolać jej, jeżeli wyraziła taką chęć.
– Mogę z całą pewnością stwierdzić, że moim typem nie są kobiety usiłujące mnie bić w miejscach publicznych i zrywających z wieszaków suknie warte wiele galeonów – zapewnił, tak dla efektu przykładając jeszcze dłoń do serca, jakby chciał zagwarantować, że mówi w stu procentach poważnie. Lubił w Cressidzie jej pasję, artystyczne zacięcie, ambicję, pewien spryt, początkowo nawet trochę tę zaborczość wobec niego. Ale huśtawki nastrojów, napady złości i zazdrości oraz rosnące żądania szybko zaczęły go męczyć.
Zmarszczył na moment brwi, gdy wspomniała o odbiciu. Nie uznał jej za wariatkę, nie uznał i że kłamie, z tego prostego powodu choćby, że sam był świadkiem, jak w tamtejszej szklarni działy się dziwne rzeczy, i nie chodziło tylko o czarne róże.
– Nie ma szans, że budzi się u ciebie trzecie oko? – zapytał, bo była to jego pierwsza myśl. Nie znał się na tym zupełnie, zwłaszcza że wróżbiarstwo było dziedziną magii mało ścisłą, ale coś tam słyszał, że jak niektórzy widzieli przyszłość, tak inni mogli spojrzeć w przeszłość. – Pamiętam, co działo się w tej szklarni i te czarne róże… Mówiłaś chyba, że kiedyś już rosły w ogrodach? Czy to było za życia twojej babki?
Może miała w tym jakiś sposób coś wspólnego? Albo te róże jakoś przywoływały duchy? Christopher pokręcił powoli głową, jakby chcąc się otrząsnąć z takich rzeczy. Niby był artystą, ale też pod pewnymi względami pozostawał wręcz zadziwiająco przyziemny, trzymając się z daleka od takich spraw jak zaświaty czy przedziwna magia, wzbudzająca zainteresowania Niewymownych.
Sauriel Rookwood był trochę jak żywcem wyjęty z kart powieści romantycznych, zły chłopiec, w istocie skrzywdzony przez świat, przystojny, mroczny, kroczący pośród cieni, w sensie dosłownym i przenośnym. Oferował emocje, przygody, wszystko, co mieniło się czerwienią. Z punktu widzenia rozsądku był okropną partią, a jednocześnie był taką, w której każda niemal dziewczyna jeśli nawet nie zakochała się przynajmniej raz, to przynajmniej czasem marzyła. Chris nie mógłby się bardziej od niego różnić, przy nim zapewne był wręcz nudny – ale też chyba zbyt pewny siebie, aby jakoś bardzo się tym przejmował.
– W takim razie wypijmy za nowe rozdziały – powiedział jedynie, sięgając po świeżo przyniesioną butelkę wina, by nalać sobie i dolać jej, jeżeli wyraziła taką chęć.