13.04.2026, 19:30 ✶
Rzut
Wiatr. To tylko wiatr. Nie była pewna, czy cieszy ją, czy martwi, że się z nią zgodził. Czy chciała, aby żywioł naprawdę przyniósł jej szepty spoza świata? Czy bardziej pragnęła z niektórymi porozmawiać, czy bała się tego, co mieliby jej to przekazania? A przecież nigdy nie uważała się za tchórza…
Papieros skończył gdzieś na skałach, Atreus obrócił się i ten moment zamyślenia jakby przeminął.
- Dan wczoraj jak wróciłam z Tori do Ministerstwa dał mi jakąś maść, jest w porządku - stwierdziła po prostu, bo z policzka faktycznie znikła wszelka opuchlizna, warga też nie była już opuchnięta, trzeba było przyjrzeć się uważnie, aby jeszcze dostrzec trochę zaczerwienienia w kąciku warg i zsinienie, które ukryła ot po odrobiną pudru, nakładanego zwykle w niewielkiej dawce tylko na takie okazje. Magiczne specyfiki miały tę niewątpliwą zaletę, że pozwalały szybko wyleczyć obrażenia, z którymi inaczej trzeba by się borykać parę dni, i dzięki temu Brenny nikt dziś nie pytał, czy jest ofiarą przemocy domowej…
…chociaż po prawdzie pewnie i tak by nie pytali, bo przy różnych okazjach zdarzało się jej tu czy tam trochę oberwać.
– Zaczynam mieć chyba paranoję, bo znowu zdaje mi się, że coś słyszę… – mruknęła i jemu też przez moment zdawało się, że słyszy wołanie, i to całkiem ukierunkowane. Brenna wciąż nie była pewna, ile jest w tym jej wyobraźni, ile szeptów umarłych a ile po prostu odgłosu fal uderzających o klify, ale tak na wszelki wypadek pociągnęła go w tamtą stronę… krok, dwa, trzy, choć głosy zaraz umilkły i może dlatego podjęła, czując jak coś przewraca się jej w żołądku. – Pamiętasz, w Maida Vale mówiłam, że powinnam ci coś powie…
Atreus nie dowiedział się, co takiego Brenna powinna mu powiedzieć.
Bo podążając za dziwnym, dalekim wołaniem, szeptem niosącym przez wiatr, w jednej chwili stali na stałym gruncie, a w kolejnym nagle zjeżdżali gdzieś w dół: coś na klifach w pobliżu domu Blounta najwyraźniej zostało zamaskowane zaklęciem i właśnie albo znaleźli coś, co ten chciał ukryć, albo właśnie wpadli w pułapkę. Na szczęście raczej stoczyli się niż po prostu spadli z dużej odległości, ale nie uchroniło to Brenny przed ponabijaniem sobie siniaków i paroma skaleczeniami, kiedy najpierw przekoziołkowali po twardej powierzchni, a później wpadli w piasek.
Wiatr. To tylko wiatr. Nie była pewna, czy cieszy ją, czy martwi, że się z nią zgodził. Czy chciała, aby żywioł naprawdę przyniósł jej szepty spoza świata? Czy bardziej pragnęła z niektórymi porozmawiać, czy bała się tego, co mieliby jej to przekazania? A przecież nigdy nie uważała się za tchórza…
Papieros skończył gdzieś na skałach, Atreus obrócił się i ten moment zamyślenia jakby przeminął.
- Dan wczoraj jak wróciłam z Tori do Ministerstwa dał mi jakąś maść, jest w porządku - stwierdziła po prostu, bo z policzka faktycznie znikła wszelka opuchlizna, warga też nie była już opuchnięta, trzeba było przyjrzeć się uważnie, aby jeszcze dostrzec trochę zaczerwienienia w kąciku warg i zsinienie, które ukryła ot po odrobiną pudru, nakładanego zwykle w niewielkiej dawce tylko na takie okazje. Magiczne specyfiki miały tę niewątpliwą zaletę, że pozwalały szybko wyleczyć obrażenia, z którymi inaczej trzeba by się borykać parę dni, i dzięki temu Brenny nikt dziś nie pytał, czy jest ofiarą przemocy domowej…
…chociaż po prawdzie pewnie i tak by nie pytali, bo przy różnych okazjach zdarzało się jej tu czy tam trochę oberwać.
– Zaczynam mieć chyba paranoję, bo znowu zdaje mi się, że coś słyszę… – mruknęła i jemu też przez moment zdawało się, że słyszy wołanie, i to całkiem ukierunkowane. Brenna wciąż nie była pewna, ile jest w tym jej wyobraźni, ile szeptów umarłych a ile po prostu odgłosu fal uderzających o klify, ale tak na wszelki wypadek pociągnęła go w tamtą stronę… krok, dwa, trzy, choć głosy zaraz umilkły i może dlatego podjęła, czując jak coś przewraca się jej w żołądku. – Pamiętasz, w Maida Vale mówiłam, że powinnam ci coś powie…
Atreus nie dowiedział się, co takiego Brenna powinna mu powiedzieć.
Bo podążając za dziwnym, dalekim wołaniem, szeptem niosącym przez wiatr, w jednej chwili stali na stałym gruncie, a w kolejnym nagle zjeżdżali gdzieś w dół: coś na klifach w pobliżu domu Blounta najwyraźniej zostało zamaskowane zaklęciem i właśnie albo znaleźli coś, co ten chciał ukryć, albo właśnie wpadli w pułapkę. Na szczęście raczej stoczyli się niż po prostu spadli z dużej odległości, ale nie uchroniło to Brenny przed ponabijaniem sobie siniaków i paroma skaleczeniami, kiedy najpierw przekoziołkowali po twardej powierzchni, a później wpadli w piasek.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.