Millie mówiła. Oh, ile ona mówiła i to do tego stopnia, że Bulstrode zastanawiał się czy w ogóle było ją o to wszystko dopytywać, ale może nie powinien na to narzekać. Nie kiedy naświetlała obraz zgodnie z jego prośbą. Sam zdążył opróżnić powoli swoją szklankę, a potem na nowo ją uzupełnić, grzecznie przez cały ten monolog mówiąc nic, tylko ją słuchając. A było w sumie czego, już znaczeniowo a nie ilościowo.
Miała rację, uważał że wszystko było całkiem ułożone. Ale najwyraźniej uważać sobie mógł To co miała mu do powiedzenia na samym początku, dziwnie mu się układało w głowie, no bo jak to wyzbyć się wygód i oportunizmu? To było całkiem trafne słowo, musiał jej to przyznać, bo miał w zwyczaju łapać okazje, dobre czy złe. Balansował gdzieś na granicy i w szarej strefie tego całego konfliktu, ale zdawał sobie sprawę z tego gdzie stała w nim Brenna. Dostosowywanie się do kogoś zawsze przychodziło mu ciężko, bo czuł jakby musiał na tę rzecz poddać swój indywidualizm, a kto niby by tego chciał?
Zawsze też irytowało go w pewien sposób, kiedy stawiane mu karty punktowały go w taki sposób. Zawsze wszystko podane na talerzu i wkurwiał się, ze teraz tak nie masz? Ależ oczywiście. Ale jak się nie denerwować, kiedy wszystko waliło im się na głowy i dokładnie tak jak powiedziała jeszcze chwilę wcześniej, stracił kierunek? Długo zastanawiał się, co w ogóle powinien teraz zrobić. Poddać się bezwolnie sytuacji? Zostać mrocznym mścicielem, który nie spocznie aż nie pomści straconego życia? Powoli jednak znajdowała w nim miejsce idea, która mościła się gdzieś pomiędzy. Gdzieś na wygodnej granicy, tylko jeszcze musiał zacząć ku niej prężniej działać.
Zajrzał na nowo do swojej szklanki, bo do tej pory leniwie śledził kolejne jej ruchy, podążając do kolejnych kart. Leniwie, w ten dziwny nonszalancki sposób, który nie pasował do tego jak go rozczytywała, jak miała rację i jak faktycznie go to irytowało. Ale tak samo jak czasem najpierw uderzał, a potem myślał, tak innymi czasy był w stanie rozpracowywać to, co do niego się mówiło. Millie, wbrew tego że łączyła ich burzliwa relacja, wcale nie stała do niego w opozycji. Nie była jego wrogiem. Stała gdzieś z boku, niedaleko Brenny i wszystkich innych jej kumpli. Poruszył szkłem z zastanowieniem i dopił resztę alkoholu która w nim została.
Udowodnij.
- Nie wiem, wydaje mi się że ostatnie instrukcje brzmiały nieco inaczej. Wróżba, tragedia która to weryfikuje, wróżba... czy teraz powinniśmy się spodziewać kolejnej Spalonej Nocy? W sumie za chwile Samhain - uśmiechnął się do niej ni to nerwowo, ni to złośliwie, patrząc na kota w wianku. Od wianka się zaczęło, jakby nie patrzeć. - Powiedziałaś tyle wielosylabowych słów że aż zdążyłem zapomnieć jak brzmisz naprawdę. Ale niech ci będzie, zapamiętam sobie tę łatwą instrukcję. Masz resztę, za dobre chęci - podsunął butelkę w jej stronę, samemu podnosząc się bo w sumie... mógł pytać o to co widzą karty, ale już nie bardzo wiedział jak przegadywać z nią tego co właśnie usłyszał. - Chcesz się przejść?