Wczoraj, 12:38 ✶
Lorraine zaśmiała się. Czysto, dźwięcznie, śmiechem, w którym było coś obcego, nadnaturalnego niemal. Zaśmiała się w głos, niepomna, czy jest to właściwym. Gdy pozbawiona skrępowania okazywała uczucia, wtedy najbardziej była podobna wili. Jej śmiech był odgłosem bijącego z ziemi zdroju, wesołym poszumem strumienia, z którego chciało się zaczerpnąć, aby ugasić pragnienie. Taką była natura wili, na tym polegało przyciąganie, jakie czuli wobec nich ludzie. Na tym, że mieli ochotę otworzyć przed nimi serca, wierząc, że obmyją je z win. Niektórzy być może nazwaliby więc śmiech Lorraine okrutnym, ale wtedy musieliby nazwać okrutnym świat natury, którego wile były poniekąd uosobieniem. W Lorraine zawsze więcej było wili niż kobiety, było w niej więc coś niespodzianie okrutnego, ale i coś niesłychanie czułego zarazem. Coś bardziej zwierzęcego niż ludzkiego, bo wymykającego się ocenie moralnej właściwej ludziom.
– Śmierć ani życie nie mają wyższego celu, jakich w nich upatrujesz. Są celem samym w sobie. A ty brukasz śmierć stworzenia, czyniąc z niego marną imitację życia, wierząc, że robisz mu tym przysługę. Przecież nigdy nie powiedziałam, że nie mogłabym zachwycić się martwym ciałem. Wręcz przeciwnie. Nie zachwyca mnie dlatego tylko, bo jest upozowane. – Lorraine uśmiechnęła się znacząco. Wiedziała, że inni ludzie potrafili wyczytać z jej uśmiechu najrozmaitsze rzeczy, a ona zezwalała na to, nie zdradzając tego, o czym myśli naprawdę. – Zresztą, jak na kogoś, kto nie wierzy w znaczenie, niesłychanie desperacko go poszukujesz. A jednorożec nie potrzebował, abyś nadał znaczenie ani jego życiu, ani jego śmierci. Zawsze był doskonałym. Nie tylko wtedy, gdy żył, ale i wtedy, gdy już umarł. Był doskonale... Niewinnym. – Lorraine spojrzała w zamyśleniu w stronę jednorożca. – Nasz świat, gdy tylko widzi niewinność, natychmiast pragnie ją skalać. A gdy odkryje, że niewinności skalać się nie da, sięga po inne rozwiązanie. Zamyka ją w klatce. – Na powrót skierowała spojrzenie w stronę mężczyzny. – Konserwuje tę niewinność za kratami, aby każdy mógł ją podziwiać. Aby każdy mógł ją kupić, ażebyś ty mógł ją sprzedać. Tanią imitację życia. Śmierci. Imitację znaczenia. Nigdy nie zrozumiem tego świata. Nigdy nie zrozumiem też ciebie.
"Nasz byt jest bez znaczenia, jeśli nic po nas nie pozostaje."
– Nie rozumiem, dlaczego smuci cię to, że nic nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia – powtórzyła jak gdyby lekko rozbawionym tonem Lorraine, przechyliwszy głowę, aby lepiej przyjrzeć się znękanej twarzy Othella. – Wiesz dlaczego? Bo powtarzasz te same słowa, które powtarzali wszyscy, którzy tak samo jak ty, pragnęli być wielkimi. A ja spotkałam raz podróżnika, który z pradawnych powracał stron. I rzekł mi: widziałem dwie ogromne, pozbawione pnia, w kamieniu kute nogi. Stań na pustyni, blisko nich na piasku. Tam wpół zatopione, strzaskane oblicze tonie. Wzrok szyderczy, usta ściśnięte. I grymas zimnego rozkazu. Powiedzą ci, że rzeźbiarz na tej bryle głazu odtworzył żądze skryte. Namiętności, co choć w poniewierce, przetrwały. Odciśnięte pieczęcią na tych martwych rzeczach ręka, co z nich drwiła, i serce, które je karmiło. A na piedestale te słowa się ostały: "Ja jestem Ozymandias. Król królów. Spójrzcie na me dzieła, o potężni i... rozpaczajcie." Nic poza tym nie pozostało. Wokół rozkładu tego kolosalnego wraku rozległego i nagiego, gruz bezkształtny oczom się ukaże. I piaski, bielejące na bezkresie pustyni.
Lorraine swobodnie obróciła słowa wiersza na języku, wplatając je tak gładko w konwersację, jak gdyby cały czas deklamowała poezję. Podwinęła elegancko nogi i oparła się rękoma o ławkę, odwracając się w miejscu tak, aby móc patrzeć wprost na siedzącego obok mężczyznę. Materiał białej sukni odcinał się od otaczającego ich mroku tak samo jak sierść zamkniętego w gablocie jednorożca.
– Nic po nas nie zostanie – powtórzyła z mocą Lorraine. – Nic nie jest wiecznym. Nawet pamięć. Oto ucieleśnienie gatunku ludzkiego, którego pożądałeś, ucieleśnienie jego tragedii, i jego chwały. Żyjemy intensywniej, bo każda chwila może być naszą ostatnią. Wszystko zdaje się bowiem piękniejszym, gdy jesteś skazany na zagładę. – Znowu się zaśmiała się, tym razem jednak ciszej, radośniej, odrzucając mimowolnie włosy do tyłu. – Jest więc piękno w rozkładzie, w trawionym zgnilizną ciele, które odchodzi od kości. Gdy próbujesz to piękno utrwalić, staje się sztucznym... Tak jak ty. Ty jesteś sztuczny. Cenisz życie tylko wtedy, gdy kończy się dobrą śmiercią. Cenisz śmierć tylko wtedy, jeżeli poprzedza je dobre życie. Wartości tak życia, jak i śmierci, nie należy rozpatrywać w relacji do siebie. Właśnie dlatego uważasz się za złego. Właśnie dlatego nazywasz się grzesznym. Powinni i ciebie zamknąć w gablocie, tak jako i tego jednorożca! Oto grzeszny człowiek, który czuje się zagrożony przez istotę grzechu pozbawioną! – Zawsze taka była. Najbardziej okrutna, gdy próbowała być czułą, najbardziej czuła, gdy wykazywała się okrucieństwem. – Mówisz, że jednorożec przebiłby cię swym rogiem, znając twe grzechy. Ale skąd w ogóle pomysł, że tak łagodna istota zdolna byłaby do tak obmierzłego aktu agresji? Dlaczego jednorożec miałby chcieć cię skrzywdzić? Jednorożce znają przemoc, ale nią gardzą. Nawet zranione, nie ranią w odwecie. Nigdy. – powiedziała z mocą Lorraine. – Zastanawiasz się, czy jednorożec uciekłby na twój widok? Oczywiście, że by uciekł. Ale nie przez grzechy, które sam sobie przypisujesz. Uciekłby, bo zabolałoby go, że spojrzawszy na jego czystą, nieskalaną duszę... Upatrzyłbyś w nim jedynie brud. Bo boisz się własnego grzechu tak bardzo, że nie jesteś w stanie znieść myśli, że istnieje czystość, której nikt nie może skalać.
Wyciągnęła rękę, aby go zatrzymać. Zmusić, żeby obrócił twarz tak, żeby wciąż na nią patrzeć. Może dlatego tak bardzo przypominała mu jednorożca. Tak samo jak Othello obawiał się, że jednorożec przebije go swym rogiem, tak samo bał się, że słowa, które wypowiadała Lorraine, mają na celu go upokorzyć, a wręcz skrzywdzić. A jednak jednorożce nigdy nie atakowały, nawet w samoobronie. A w słowach półwili nie było jadu, tylko przewrotny spokój, gdy uśmiechała się do niego z rozrzewnieniem w oczach.
– Jak straszliwe grzechy popełniłeś, skoro sądzisz, że nie można ich wybaczyć? Czy odmówiono ci rozgrzeszenia? Czy może cierpisz bez powodu, a jedynym twoim grzechem jest wiara w to, że urodziłeś się skalanym?
– Śmierć ani życie nie mają wyższego celu, jakich w nich upatrujesz. Są celem samym w sobie. A ty brukasz śmierć stworzenia, czyniąc z niego marną imitację życia, wierząc, że robisz mu tym przysługę. Przecież nigdy nie powiedziałam, że nie mogłabym zachwycić się martwym ciałem. Wręcz przeciwnie. Nie zachwyca mnie dlatego tylko, bo jest upozowane. – Lorraine uśmiechnęła się znacząco. Wiedziała, że inni ludzie potrafili wyczytać z jej uśmiechu najrozmaitsze rzeczy, a ona zezwalała na to, nie zdradzając tego, o czym myśli naprawdę. – Zresztą, jak na kogoś, kto nie wierzy w znaczenie, niesłychanie desperacko go poszukujesz. A jednorożec nie potrzebował, abyś nadał znaczenie ani jego życiu, ani jego śmierci. Zawsze był doskonałym. Nie tylko wtedy, gdy żył, ale i wtedy, gdy już umarł. Był doskonale... Niewinnym. – Lorraine spojrzała w zamyśleniu w stronę jednorożca. – Nasz świat, gdy tylko widzi niewinność, natychmiast pragnie ją skalać. A gdy odkryje, że niewinności skalać się nie da, sięga po inne rozwiązanie. Zamyka ją w klatce. – Na powrót skierowała spojrzenie w stronę mężczyzny. – Konserwuje tę niewinność za kratami, aby każdy mógł ją podziwiać. Aby każdy mógł ją kupić, ażebyś ty mógł ją sprzedać. Tanią imitację życia. Śmierci. Imitację znaczenia. Nigdy nie zrozumiem tego świata. Nigdy nie zrozumiem też ciebie.
"Nasz byt jest bez znaczenia, jeśli nic po nas nie pozostaje."
– Nie rozumiem, dlaczego smuci cię to, że nic nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia – powtórzyła jak gdyby lekko rozbawionym tonem Lorraine, przechyliwszy głowę, aby lepiej przyjrzeć się znękanej twarzy Othella. – Wiesz dlaczego? Bo powtarzasz te same słowa, które powtarzali wszyscy, którzy tak samo jak ty, pragnęli być wielkimi. A ja spotkałam raz podróżnika, który z pradawnych powracał stron. I rzekł mi: widziałem dwie ogromne, pozbawione pnia, w kamieniu kute nogi. Stań na pustyni, blisko nich na piasku. Tam wpół zatopione, strzaskane oblicze tonie. Wzrok szyderczy, usta ściśnięte. I grymas zimnego rozkazu. Powiedzą ci, że rzeźbiarz na tej bryle głazu odtworzył żądze skryte. Namiętności, co choć w poniewierce, przetrwały. Odciśnięte pieczęcią na tych martwych rzeczach ręka, co z nich drwiła, i serce, które je karmiło. A na piedestale te słowa się ostały: "Ja jestem Ozymandias. Król królów. Spójrzcie na me dzieła, o potężni i... rozpaczajcie." Nic poza tym nie pozostało. Wokół rozkładu tego kolosalnego wraku rozległego i nagiego, gruz bezkształtny oczom się ukaże. I piaski, bielejące na bezkresie pustyni.
Lorraine swobodnie obróciła słowa wiersza na języku, wplatając je tak gładko w konwersację, jak gdyby cały czas deklamowała poezję. Podwinęła elegancko nogi i oparła się rękoma o ławkę, odwracając się w miejscu tak, aby móc patrzeć wprost na siedzącego obok mężczyznę. Materiał białej sukni odcinał się od otaczającego ich mroku tak samo jak sierść zamkniętego w gablocie jednorożca.
– Nic po nas nie zostanie – powtórzyła z mocą Lorraine. – Nic nie jest wiecznym. Nawet pamięć. Oto ucieleśnienie gatunku ludzkiego, którego pożądałeś, ucieleśnienie jego tragedii, i jego chwały. Żyjemy intensywniej, bo każda chwila może być naszą ostatnią. Wszystko zdaje się bowiem piękniejszym, gdy jesteś skazany na zagładę. – Znowu się zaśmiała się, tym razem jednak ciszej, radośniej, odrzucając mimowolnie włosy do tyłu. – Jest więc piękno w rozkładzie, w trawionym zgnilizną ciele, które odchodzi od kości. Gdy próbujesz to piękno utrwalić, staje się sztucznym... Tak jak ty. Ty jesteś sztuczny. Cenisz życie tylko wtedy, gdy kończy się dobrą śmiercią. Cenisz śmierć tylko wtedy, jeżeli poprzedza je dobre życie. Wartości tak życia, jak i śmierci, nie należy rozpatrywać w relacji do siebie. Właśnie dlatego uważasz się za złego. Właśnie dlatego nazywasz się grzesznym. Powinni i ciebie zamknąć w gablocie, tak jako i tego jednorożca! Oto grzeszny człowiek, który czuje się zagrożony przez istotę grzechu pozbawioną! – Zawsze taka była. Najbardziej okrutna, gdy próbowała być czułą, najbardziej czuła, gdy wykazywała się okrucieństwem. – Mówisz, że jednorożec przebiłby cię swym rogiem, znając twe grzechy. Ale skąd w ogóle pomysł, że tak łagodna istota zdolna byłaby do tak obmierzłego aktu agresji? Dlaczego jednorożec miałby chcieć cię skrzywdzić? Jednorożce znają przemoc, ale nią gardzą. Nawet zranione, nie ranią w odwecie. Nigdy. – powiedziała z mocą Lorraine. – Zastanawiasz się, czy jednorożec uciekłby na twój widok? Oczywiście, że by uciekł. Ale nie przez grzechy, które sam sobie przypisujesz. Uciekłby, bo zabolałoby go, że spojrzawszy na jego czystą, nieskalaną duszę... Upatrzyłbyś w nim jedynie brud. Bo boisz się własnego grzechu tak bardzo, że nie jesteś w stanie znieść myśli, że istnieje czystość, której nikt nie może skalać.
Wyciągnęła rękę, aby go zatrzymać. Zmusić, żeby obrócił twarz tak, żeby wciąż na nią patrzeć. Może dlatego tak bardzo przypominała mu jednorożca. Tak samo jak Othello obawiał się, że jednorożec przebije go swym rogiem, tak samo bał się, że słowa, które wypowiadała Lorraine, mają na celu go upokorzyć, a wręcz skrzywdzić. A jednak jednorożce nigdy nie atakowały, nawet w samoobronie. A w słowach półwili nie było jadu, tylko przewrotny spokój, gdy uśmiechała się do niego z rozrzewnieniem w oczach.
– Jak straszliwe grzechy popełniłeś, skoro sądzisz, że nie można ich wybaczyć? Czy odmówiono ci rozgrzeszenia? Czy może cierpisz bez powodu, a jedynym twoim grzechem jest wiara w to, że urodziłeś się skalanym?