14.03.2023, 11:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2023, 11:25 przez Brenna Longbottom.)
Brenna tego dnia miała ręce pełne roboty. Rano stała nad biurkiem Mavelle, udzielając jej instrukcji, co do portretu pamięciowego kobiety, która włamała się do sklepu Ollivanderów. Potem sporządziła raport, dotyczący włamania oraz tego, co dojrzała jako widmowidz i znalazła jako animag. Schowała się w łazience, kiedy zobaczyła panią Turpin i wyszła stamtąd dopiero, kiedy ofiarą starszej pani stał się inny, nieszczęsny Brygadzista – zwykle pani Turpin z jakichś powodów wybierała Brennę, ale widać ktoś nieświadomy, kim jest ta waria… znaczy się miła obywatelka, zapytał ją, po co przyszła. Później Brenna zaczęła przeglądać ostatnie raporty z Pokątnej pod kątem dziwnych zachowań i napisała prośbę do alchemika wydziałowego o informację, jakie zapachy mogą wywołać potężne halucynacje.
W okolicach południa bardzo, bardzo chciała już wyjść zza biurka, więc kiedy pojawił się Patrick z ofertą odwiedzin pewnego ducha, przyjęła go z radością. Nieważne, że miała jeszcze trochę roboty, odwali ją wieczorem, liczyło się to, że ktoś taki jak Brenna stawał się chory, kiedy musiał spędzić za dużo czasu tkwiąc nad papierami i ogólnie w biurze. Mogła iść do Little Hangleton, nawet jeśli to cieszyło się trochę podejrzaną sławą. Albo do dowolnej innej lokacji. Brenna pośpiesznie dopiła więc swoją kawę i skrzywiła się lekko – bo była mocna, gorzka i już prawie zimna, co czyniło ją ogólnie rzecz biorąc dość paskudną – i podniosła się zza biurka.
- Skąd wiedziałeś, Patrick? Właśnie tak tu sobie siedziałam i myślałam: ale cudownie byłoby móc wyprawić się na cmentarz, najlepiej ten w Little Hangleton, bo są tam… hm… mają tam… o, bardzo ciekawe nagrobki. Widziałeś ten jednego Gaunta? Kazał wykuć na nim węża. Musiał być czarną owcą rodziny, bo innych jeszcze sto lat temu nie chowali obok mugoli – paplała po swojemu, pośpiesznie przenosząc jeszcze papiery do zabezpieczonych szuflad, a potem z jednej z nich zabierając świece. Tak na wszelki wypadek rzadko gdzieś się bez nich ruszała, chociaż wątpliwe było, czy przydadzą się akurat na wyprawie do ducha. – Myślałam, że zwykle domagają się naszej interwencji żywi w sprawie duchów, które brużdżą… - stwierdziła, trochę zaciekawiona, gotowa ruszać z Patrickiem na miejsce do aportacji. Rzecz jasna, jak to Brenna: gadając po drodze dalej. – Wiesz, na przykład… Jęcząca Marta. Sprawdziłam kiedyś z ciekawości archiwa i okazało się, że uziemiło ją w Hogwarcie właśnie ministerstwo, bo kompletnie zrujnowała ślub brata swojej szkolnej koleżanki. Nie opisali szczegółów, ale z kontekstu mam wrażenie, że wysadziła toalety.
Ludzie domagający się interwencji w sprawie duchów nie byli nowością, ale odwrotnie?
- Z drugiej strony, ostatnio swoją śmierć zgłosił mi wampir, może teraz zgon chce zgłosić duch – dodała z zastanowieniem.
W okolicach południa bardzo, bardzo chciała już wyjść zza biurka, więc kiedy pojawił się Patrick z ofertą odwiedzin pewnego ducha, przyjęła go z radością. Nieważne, że miała jeszcze trochę roboty, odwali ją wieczorem, liczyło się to, że ktoś taki jak Brenna stawał się chory, kiedy musiał spędzić za dużo czasu tkwiąc nad papierami i ogólnie w biurze. Mogła iść do Little Hangleton, nawet jeśli to cieszyło się trochę podejrzaną sławą. Albo do dowolnej innej lokacji. Brenna pośpiesznie dopiła więc swoją kawę i skrzywiła się lekko – bo była mocna, gorzka i już prawie zimna, co czyniło ją ogólnie rzecz biorąc dość paskudną – i podniosła się zza biurka.
- Skąd wiedziałeś, Patrick? Właśnie tak tu sobie siedziałam i myślałam: ale cudownie byłoby móc wyprawić się na cmentarz, najlepiej ten w Little Hangleton, bo są tam… hm… mają tam… o, bardzo ciekawe nagrobki. Widziałeś ten jednego Gaunta? Kazał wykuć na nim węża. Musiał być czarną owcą rodziny, bo innych jeszcze sto lat temu nie chowali obok mugoli – paplała po swojemu, pośpiesznie przenosząc jeszcze papiery do zabezpieczonych szuflad, a potem z jednej z nich zabierając świece. Tak na wszelki wypadek rzadko gdzieś się bez nich ruszała, chociaż wątpliwe było, czy przydadzą się akurat na wyprawie do ducha. – Myślałam, że zwykle domagają się naszej interwencji żywi w sprawie duchów, które brużdżą… - stwierdziła, trochę zaciekawiona, gotowa ruszać z Patrickiem na miejsce do aportacji. Rzecz jasna, jak to Brenna: gadając po drodze dalej. – Wiesz, na przykład… Jęcząca Marta. Sprawdziłam kiedyś z ciekawości archiwa i okazało się, że uziemiło ją w Hogwarcie właśnie ministerstwo, bo kompletnie zrujnowała ślub brata swojej szkolnej koleżanki. Nie opisali szczegółów, ale z kontekstu mam wrażenie, że wysadziła toalety.
Ludzie domagający się interwencji w sprawie duchów nie byli nowością, ale odwrotnie?
- Z drugiej strony, ostatnio swoją śmierć zgłosił mi wampir, może teraz zgon chce zgłosić duch – dodała z zastanowieniem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.