Ururu przystał na propozycję Aveliny, by odprowadzać ją po pracy do domu. Nie udało mu się jeszcze znaleźć żadnego zajęcia, tak więc robił za ochronę. Jego wizyta w bibliotece skończyła się szybciej, niż to planował. Udał się od razu do apteki. Również i tym razem zatrzymał się przed wejściem i wpatrywał chwilę w szyld.
Raven.
To nazwisko coś mu mówiło. Brzęczało blisko i natrętnie jak komary letniej nocy, ale wszystkie neurony wokół niego poumierały nie tworząc mostu skojarzeń. A Ururu nie wpadł na pomysł, by wypytać Avelinę o właściciela apteki.
Wszedł do środka. Okryty płaszczem, jego twarz ledwo widoczna była spod cienia rzucanego przez kaptur.
— Dzień dobry — rzucił ze swoim standardowym niepokojącym uśmiechem, po czym zmierzył nieznanego mu mężczyznę od stóp do głów. Następnie usiadł na krzesełku stojącym samotnie przy ścianie. Otworzył książkę i zatopił się w lekturze, pozwalając koleżance skupić się na pracy.