22.04.2026, 22:28 ✶
Navi wiedziała, że ojciec nie umarł od razu.
Najpierw umarło w nim wszystko to, co mogło go zatrzymać. Nie stało się to przecież jednego dnia. Śmierć przyszła znacznie wcześniej, rozsiadła się w ich małej chatce jak nieproszony gość; kładła się przy nim w nocy niczym oddana kochanka; szeptała głosem stęsknionej żony, niepomna faktu, że choć Tarini umarła to jej córka nadal żyje.
Wdziała jak ojciec każdego dnia oddala się coraz bardziej i nie mogła nic na to poradzić. Miał w oczach tą samą pustkę jak ci, którzy wchodzili w odmęty jej jeziora; tą desperację, to pragnienie, żeby katusze się wreszcie skończyły i nastał upragniony spokój. Zabierała go więc coraz częściej i częściej do lasu, by pod wodą snuć opowieści bez początku i końca. Niegdyś czytał jej przecież baśń, gdzie księżniczka opowiadała takie przez tysiąc i jedną noc, przekonując ukochanego, by nie targał na życie. Wierzyła, że pomoże tym tacie, ale w końcu każda opowieść się kiedyś kończy. Merrik usłyszał wołanie lasu i z czasem przestał schodzić z nią na dno jeziora. Przestał do niej mówić na jego brzegu. W ich domu zapanowało milczenie.
Wiedziała, że próbował z nią zostać. Była mu za to wdzięczna. Za wszystkie te lata, które był. Nie potrafiła go nienawidzić za te, które przyjdzie jej spędzić w całkowitej samotności.
Jeszcze wczoraj z samego rana naprawił obluzowaną deskę na ganku, o którą zawsze zahaczała swoje sari i rwała delikatny materiał. Przyniósł jej przecież drewna do kominka. Może powinna zauważyć, że narąbał go zdecydowanie więcej niż zwykle?
Pożegnał się gdy gotowała obiad. Nawet zabrał ze sobą listę zakupów, które przygotowała. Obiecał, że szybko wróci. Nie wrócił wcale. Potrawka nadal stała nietknięta w żeliwnym garze.
Jutro da ją Kapitanowi Nemo.
Na razie jednak panna Pandit siedziała i plotła pogrzebową girlandę, brudząc palce pyłem z aksamitek, które nawlekała na grubą nić. Skulona, oparta o śpiącego psa, nieobecna duchem i myślą. Powinna iść po ojca. Wiedziała gdzie był. Wiedziała, że wybrał drzewo z widokiem na jej jezioro. Ale gdy tam przyszła za pierwszym razem jedynie zdołała się z płaczem przytulić do nóg ojca i płakać bezgłośnie. W końcu ją odciągnęli i wysłali do domu.
Ale przecież… byli tak daleko od tego co powinna nazywać “domem”. Bo domem nie było Little Hangleton. Dom był tam gdzieś tam daleko, a ona była tutaj, w pustej chacie.
Nie będzie mogła złożyć ojca na Manikarnika Ghat by dokonano tradycyjnego całopalenia. Nie będzie mogła rozsypać jego prochów do świętej rzeki. Nie mogła tam pojechać. Nie miała nikogo kto by ją zabrał, kto mógłby pomóc jej dostać się choć na otwarte morze, by mogła oddać ojca głębinie, które sobie przez życie umiłował.
Odkąd znaleźli go wczorajszego wieczora, nie zdołała zmrużyć oka, błądząc gdzieś na pograniczu jawy i snu. Dlatego stukanie do drzwi w pierwszej chwili wydało jej się przesłyszeniem. Ale potem rozległo się drugi raz. Nie myliła się. Ktoś stał na ganku.
Wrócił. Pomyślała, niemal zrywając się na nogi. Wrócił To wszystko zdało się tylko jednym wielkim złym snem, z którego właśnie się budziła, a zaraz na progu stanie ojciec przepraszając, że się zasiedział u sąsiada. Dopadła do drzwi, otwierając je niemal na oścież.
Lorraine była jedynym świadkiem tego jak znika nadzieja, która naraz wypełniła serce Navi. Twarz dziewczyny, tak wyraźna w jej szczęściu, pomimo błyszczących od łez, opuchniętych oczu, zastygła w pełnym niezrozumienia grymasie. Potem wrócił ból - skuliła ramiona, zapadła się sama w sobie.
Spoglądała na nieznajomą w milczeniu. Na jej niezwykle piękną twarz, na srebrzyste włosy przywodzące jej na myśl odbicie księżyca w poruszonej tafli jeziora. Czy sama bogini przyszła natrząsać się z jej cierpienia?
Ale bogowie nie przejmowali się losem maluczkich, a przed nią stał żywy człowiek, nie leśna mara.
Mogłaby przysiąc, że ją już widziała wcześniej - w opuszczonym domu po drugiej stronie lasku, tym, w którym już dawno nikt nie mieszkał, ale na obejściu kwitły przepiękne czerwone dalie. Ludzie mówili, że niegdyś żył tam jakiś upadły szlachcic i chora czarownica. Nie rozumiała co znaczy “upadły”, ale ojciec powtarzał, że nie należy ich nawiedzać, więc tego nie robiła. A potem… potem chyba ta czarownica umarła i Navi czasem zastanawiała się czy gdyby jednak tam poszła… to może mogłaby jakoś pomóc. Ale nigdy nie poszła, a Śmierć w końcu zapukała i do jej drzwi.
Tylko, że to nie była Śmierć, a chyba córka mieszkańców tamtego domu z daliami. A może nie? Nie była pewna.
Spuściła wzrok, nie potrafiąc patrzeć dziewczynie w oczy, choć ta mówiła przecież taki piękne rzeczy. Kondolencje. Uparcie wpatrywała się w swoje buty brudne od kurzu i mokrej ziemi z Lasu Wisielców.
Och jakże Jahnavi nienawidziła tej nazwy. Nawet teraz, gdy wreszcie rozumiała skąd się wzięła… nienawidziła jej tak bardzo. Łzy pociekły jej po policzkach, gdy w milczeniu przyjęła od dziewczyny kadzidła. Wierzyła, że chce dobrze, ale tego smutku nie dało się przepędzić jak myszy buszującej w zebranym na zimę ziarnie. A przecież i mysz jadła tylko tyle by przetrwać.
Zacisnęła drżące palce na paczuszce, mocząc ładny papier swoimi łzami.
Musiała minąć dłuższa chwila nim czarownica zorientowała się, że trzyma nieznajomą na mrozie. Już dawno przestała zwracać uwagę na chłód przedostający się przez szczeliny w podłogowych deskach i nieszczelnych okiennicach. Nie chciała wyjść na niegrzeczną, więc wreszcie przesunęła się w drzwiach zapraszając dziewczynę do środka.
W pomieszczeniu było tyle światła ile wpadało przez rozsunięte zasłony. Wszystkie świece, którymi najwyraźniej czarownica oświetlała swoją chatkę były zgaszone lub pochowane, a kominek wygaszony. Wielki nowofundlandczyk leżał na środku pokoju, pochrapując głośno. Umorusany był tym samym czerwono-złotym pyłem z aksamitek, który Jahnavi miała na dłoniach. Dookoła psa leżała porzucona w połowie girlanda, nad którą musiała pracować przed przyjściem Lorraine.
Wskazała swojemu gościowi miejsce przy stole, pośpiesznie zbierając z niego odświętny, biały całun, już przygotowany na to co musiała wreszcie zrobić. Miód zmieszany z wodą i mlekiem, którym powinna obmyć ciało ojca, a który był przygotowany od rana odsunęła po prostu tak by nie przeszkadzał. No i zabrała różdżkę z zasięgu wzroku - mogła mieć tylko nadzieję, że odpowiednio szybko nim kobieta ją zauważy i zacznie zadawać niewygodne pytania. Nie ruszyła natomiast rozłożonej mapy Anglii i rozsypanych na stole pieniędzy - paru sykli, z dwa knuty i sześć mugolskich funtów. Zbyt mało na cokolwiek na co najwyraźniej zbierała.
Jahnavi nawet po własnym domu zdawała poruszać się niczym duch. W ciszy, szeleszcząc materiałem białego sari, w które była odziana, ustawiła na stole dwie porcelanowe filiżanki. Nie miała w rękach różdżki - nie była pewna czy na pewno ma do czynienia z czarownicą, a słyszała, że straszne rzeczy dzieją się z tymi co pokazują magię tym, których bogowie pozbawili swojego daru. Dlatego żeby zaparzyć wodę zniknęła na chwilę w kuchni. Nie na długo, ale chyba… wystarczająco, żeby nie wyglądało to podejrzanie? Chyba.
Wróciła już z naparem w dzbanku. Odstawiła go na stół wraz z kawałkiem ciasta, które dostała od jednej z sąsiadek. Nie mogła na nie patrzeć, choć zwykle byłaby wdzięczna za taką ładną drożdżówkę z borówkami. Ale to ona… to ona znalazła tatę i… Navi na nowo się rozpłakała, wciskając Lorraine mały widelczyk i uszczerbiony talerzyk od kompletu filiżanek.
Najpierw umarło w nim wszystko to, co mogło go zatrzymać. Nie stało się to przecież jednego dnia. Śmierć przyszła znacznie wcześniej, rozsiadła się w ich małej chatce jak nieproszony gość; kładła się przy nim w nocy niczym oddana kochanka; szeptała głosem stęsknionej żony, niepomna faktu, że choć Tarini umarła to jej córka nadal żyje.
Wdziała jak ojciec każdego dnia oddala się coraz bardziej i nie mogła nic na to poradzić. Miał w oczach tą samą pustkę jak ci, którzy wchodzili w odmęty jej jeziora; tą desperację, to pragnienie, żeby katusze się wreszcie skończyły i nastał upragniony spokój. Zabierała go więc coraz częściej i częściej do lasu, by pod wodą snuć opowieści bez początku i końca. Niegdyś czytał jej przecież baśń, gdzie księżniczka opowiadała takie przez tysiąc i jedną noc, przekonując ukochanego, by nie targał na życie. Wierzyła, że pomoże tym tacie, ale w końcu każda opowieść się kiedyś kończy. Merrik usłyszał wołanie lasu i z czasem przestał schodzić z nią na dno jeziora. Przestał do niej mówić na jego brzegu. W ich domu zapanowało milczenie.
Wiedziała, że próbował z nią zostać. Była mu za to wdzięczna. Za wszystkie te lata, które był. Nie potrafiła go nienawidzić za te, które przyjdzie jej spędzić w całkowitej samotności.
Jeszcze wczoraj z samego rana naprawił obluzowaną deskę na ganku, o którą zawsze zahaczała swoje sari i rwała delikatny materiał. Przyniósł jej przecież drewna do kominka. Może powinna zauważyć, że narąbał go zdecydowanie więcej niż zwykle?
Pożegnał się gdy gotowała obiad. Nawet zabrał ze sobą listę zakupów, które przygotowała. Obiecał, że szybko wróci. Nie wrócił wcale. Potrawka nadal stała nietknięta w żeliwnym garze.
Jutro da ją Kapitanowi Nemo.
Na razie jednak panna Pandit siedziała i plotła pogrzebową girlandę, brudząc palce pyłem z aksamitek, które nawlekała na grubą nić. Skulona, oparta o śpiącego psa, nieobecna duchem i myślą. Powinna iść po ojca. Wiedziała gdzie był. Wiedziała, że wybrał drzewo z widokiem na jej jezioro. Ale gdy tam przyszła za pierwszym razem jedynie zdołała się z płaczem przytulić do nóg ojca i płakać bezgłośnie. W końcu ją odciągnęli i wysłali do domu.
Ale przecież… byli tak daleko od tego co powinna nazywać “domem”. Bo domem nie było Little Hangleton. Dom był tam gdzieś tam daleko, a ona była tutaj, w pustej chacie.
Nie będzie mogła złożyć ojca na Manikarnika Ghat by dokonano tradycyjnego całopalenia. Nie będzie mogła rozsypać jego prochów do świętej rzeki. Nie mogła tam pojechać. Nie miała nikogo kto by ją zabrał, kto mógłby pomóc jej dostać się choć na otwarte morze, by mogła oddać ojca głębinie, które sobie przez życie umiłował.
Odkąd znaleźli go wczorajszego wieczora, nie zdołała zmrużyć oka, błądząc gdzieś na pograniczu jawy i snu. Dlatego stukanie do drzwi w pierwszej chwili wydało jej się przesłyszeniem. Ale potem rozległo się drugi raz. Nie myliła się. Ktoś stał na ganku.
Wrócił. Pomyślała, niemal zrywając się na nogi. Wrócił To wszystko zdało się tylko jednym wielkim złym snem, z którego właśnie się budziła, a zaraz na progu stanie ojciec przepraszając, że się zasiedział u sąsiada. Dopadła do drzwi, otwierając je niemal na oścież.
Lorraine była jedynym świadkiem tego jak znika nadzieja, która naraz wypełniła serce Navi. Twarz dziewczyny, tak wyraźna w jej szczęściu, pomimo błyszczących od łez, opuchniętych oczu, zastygła w pełnym niezrozumienia grymasie. Potem wrócił ból - skuliła ramiona, zapadła się sama w sobie.
Spoglądała na nieznajomą w milczeniu. Na jej niezwykle piękną twarz, na srebrzyste włosy przywodzące jej na myśl odbicie księżyca w poruszonej tafli jeziora. Czy sama bogini przyszła natrząsać się z jej cierpienia?
Ale bogowie nie przejmowali się losem maluczkich, a przed nią stał żywy człowiek, nie leśna mara.
Mogłaby przysiąc, że ją już widziała wcześniej - w opuszczonym domu po drugiej stronie lasku, tym, w którym już dawno nikt nie mieszkał, ale na obejściu kwitły przepiękne czerwone dalie. Ludzie mówili, że niegdyś żył tam jakiś upadły szlachcic i chora czarownica. Nie rozumiała co znaczy “upadły”, ale ojciec powtarzał, że nie należy ich nawiedzać, więc tego nie robiła. A potem… potem chyba ta czarownica umarła i Navi czasem zastanawiała się czy gdyby jednak tam poszła… to może mogłaby jakoś pomóc. Ale nigdy nie poszła, a Śmierć w końcu zapukała i do jej drzwi.
Tylko, że to nie była Śmierć, a chyba córka mieszkańców tamtego domu z daliami. A może nie? Nie była pewna.
Spuściła wzrok, nie potrafiąc patrzeć dziewczynie w oczy, choć ta mówiła przecież taki piękne rzeczy. Kondolencje. Uparcie wpatrywała się w swoje buty brudne od kurzu i mokrej ziemi z Lasu Wisielców.
Och jakże Jahnavi nienawidziła tej nazwy. Nawet teraz, gdy wreszcie rozumiała skąd się wzięła… nienawidziła jej tak bardzo. Łzy pociekły jej po policzkach, gdy w milczeniu przyjęła od dziewczyny kadzidła. Wierzyła, że chce dobrze, ale tego smutku nie dało się przepędzić jak myszy buszującej w zebranym na zimę ziarnie. A przecież i mysz jadła tylko tyle by przetrwać.
Zacisnęła drżące palce na paczuszce, mocząc ładny papier swoimi łzami.
Musiała minąć dłuższa chwila nim czarownica zorientowała się, że trzyma nieznajomą na mrozie. Już dawno przestała zwracać uwagę na chłód przedostający się przez szczeliny w podłogowych deskach i nieszczelnych okiennicach. Nie chciała wyjść na niegrzeczną, więc wreszcie przesunęła się w drzwiach zapraszając dziewczynę do środka.
W pomieszczeniu było tyle światła ile wpadało przez rozsunięte zasłony. Wszystkie świece, którymi najwyraźniej czarownica oświetlała swoją chatkę były zgaszone lub pochowane, a kominek wygaszony. Wielki nowofundlandczyk leżał na środku pokoju, pochrapując głośno. Umorusany był tym samym czerwono-złotym pyłem z aksamitek, który Jahnavi miała na dłoniach. Dookoła psa leżała porzucona w połowie girlanda, nad którą musiała pracować przed przyjściem Lorraine.
Wskazała swojemu gościowi miejsce przy stole, pośpiesznie zbierając z niego odświętny, biały całun, już przygotowany na to co musiała wreszcie zrobić. Miód zmieszany z wodą i mlekiem, którym powinna obmyć ciało ojca, a który był przygotowany od rana odsunęła po prostu tak by nie przeszkadzał. No i zabrała różdżkę z zasięgu wzroku - mogła mieć tylko nadzieję, że odpowiednio szybko nim kobieta ją zauważy i zacznie zadawać niewygodne pytania. Nie ruszyła natomiast rozłożonej mapy Anglii i rozsypanych na stole pieniędzy - paru sykli, z dwa knuty i sześć mugolskich funtów. Zbyt mało na cokolwiek na co najwyraźniej zbierała.
Jahnavi nawet po własnym domu zdawała poruszać się niczym duch. W ciszy, szeleszcząc materiałem białego sari, w które była odziana, ustawiła na stole dwie porcelanowe filiżanki. Nie miała w rękach różdżki - nie była pewna czy na pewno ma do czynienia z czarownicą, a słyszała, że straszne rzeczy dzieją się z tymi co pokazują magię tym, których bogowie pozbawili swojego daru. Dlatego żeby zaparzyć wodę zniknęła na chwilę w kuchni. Nie na długo, ale chyba… wystarczająco, żeby nie wyglądało to podejrzanie? Chyba.
Wróciła już z naparem w dzbanku. Odstawiła go na stół wraz z kawałkiem ciasta, które dostała od jednej z sąsiadek. Nie mogła na nie patrzeć, choć zwykle byłaby wdzięczna za taką ładną drożdżówkę z borówkami. Ale to ona… to ona znalazła tatę i… Navi na nowo się rozpłakała, wciskając Lorraine mały widelczyk i uszczerbiony talerzyk od kompletu filiżanek.