14.03.2023, 15:37 ✶
O Anglii Jamil wiedział tylko tyle, ile wspominała mu w dzieciństwie matka, a potem na wykopaliskach Cathal i reszta ekipy. Dla niego nie był to dom, a miejsce owiane tajemnicą, którego postrzeganie budował na wspomnieniach innych ludzi, stereotypach i własnych spostrzeżeniach względem kręcących się niemal wszędzie turystów. Wyspy należące do Brytyjczyków nie kojarzyły mu się więc z rodzinnymi stronami, choć istniała taka możliwość ze względu na płynącą w nim krew Trelawneyów. Miały pozostać miejscem, w którym długo będzie się czuł kimś obcym nawet pomimo własnych zdolności do szybkiej aklimatyzacji. Mogły jednak stać się azylem chroniącym go przed niebezpieczeństwem, w które wpakował się wyłącznie z własnej winy. Wiedział, że pewnego dnia to nastąpi, tak sam jak wiedział o tym Shafiq. A mimo to Anwar dał się po raz kolejny ponieść, tym razem przegrywając wszystko, co mógł.
W normalnych okolicznościach nie przerywałby Cathalowi pakowania i załatwiania ostatnich spraw związanych z dokumentacją, wiedząc, że wyjątkowo go tego typu czynności irytowały. Nie miał jednak wyboru, a czas naglił na tyle, że każda minuta zwłoki coraz bardziej prowadziła go w kierunku utraty głowy. Zaczynał żałować, że nie poprosił Lety o sfałszowanie papierów świadczących o jego posiadaniu piramidy noszącej na sobie wyjątkowo obrzydliwą klątwę. Może dałby ją wtedy Qadirowi w zastaw, pozbywając się zbira na dobre.
- Obaj znamy Nell na tyle, żeby wiedzieć, że po powrocie by mnie ukatrupiła i wyszłoby na to samo – zauważył, przyglądając się Cathalowi, który – jak gdyby nigdy nic – wrócił do swoich obowiązków. Jeśli miał wybierać, śmierci z czyjej ręki obawiał się najbardziej, w tym wypadku Bagshot górowałaby nad całą bandą Nundu. W tym momencie jednak bardziej niż wizji starcia z Qadirem, lękał się odmowy Shafiqa. Pomiędzy nerwowym strzelaniem palcami i próbami uspokojenia nerwów, które ogarnęły go z podwójną siłą, układał już sobie w głowie plan awaryjny. Mógłby zmienić imię na Eduardo, nauczyć się grać na gitarze i dołączyć do mariachi gdzieś w środkowym Meksyku. Kontynenty amerykańskie zdawały się dla Egipcjan jeszcze mniej dostępne niż kraje europejskie – tam z pewnością Qadir by go nie szukał. Gorzej, że nie znał hiszpańskiego, ale ten język nie wydawał się wybitnie skomplikowany. Nawet zazdrościł Cathalowi możliwości porozumienia się z każdym, kto stanął na jego drodze.
- Nie będę się zadawał z nikim, kogo nie zaaprobujesz ty albo Leta – zaczął. Chociaż w tym momencie zdawało się to czymś prostym do zrealizowania, w rzeczywistości miało takim nie być. Jamil jednak tego nie wiedział. Dla niego sprzymierzeńcy Latającej Śmierci zdawali się ludźmi o zielonych twarzach, skoro Voldemort tak bardzo lubił ten kolor. – I będę grał w karty dla czystej przyjemności… No dobra, za głupoty typu kto komu stawia alkohol albo myje okna – ciągnął dalej, teraz jednak znając się na tyle, by wiedzieć, że Kwintoped czy Trefny Lelek bez odrobiny ryzyka nie jest tym samym. – Cal, proszę. Nie poradzę sobie sam z Nundu. Qadir ma jakiś fetysz związany z własną matką, więc nie tknie mojej, ale jeśli będzie wiedział, że wciąż jestem w Egipcie, będzie mnie szukał w rodzinnym domu. Spłacę was wszystkich, obiecuję. Możesz zabierać moją wypłatę, ale bez was zginę w przeciągu tygodnia.
W normalnych okolicznościach nie przerywałby Cathalowi pakowania i załatwiania ostatnich spraw związanych z dokumentacją, wiedząc, że wyjątkowo go tego typu czynności irytowały. Nie miał jednak wyboru, a czas naglił na tyle, że każda minuta zwłoki coraz bardziej prowadziła go w kierunku utraty głowy. Zaczynał żałować, że nie poprosił Lety o sfałszowanie papierów świadczących o jego posiadaniu piramidy noszącej na sobie wyjątkowo obrzydliwą klątwę. Może dałby ją wtedy Qadirowi w zastaw, pozbywając się zbira na dobre.
- Obaj znamy Nell na tyle, żeby wiedzieć, że po powrocie by mnie ukatrupiła i wyszłoby na to samo – zauważył, przyglądając się Cathalowi, który – jak gdyby nigdy nic – wrócił do swoich obowiązków. Jeśli miał wybierać, śmierci z czyjej ręki obawiał się najbardziej, w tym wypadku Bagshot górowałaby nad całą bandą Nundu. W tym momencie jednak bardziej niż wizji starcia z Qadirem, lękał się odmowy Shafiqa. Pomiędzy nerwowym strzelaniem palcami i próbami uspokojenia nerwów, które ogarnęły go z podwójną siłą, układał już sobie w głowie plan awaryjny. Mógłby zmienić imię na Eduardo, nauczyć się grać na gitarze i dołączyć do mariachi gdzieś w środkowym Meksyku. Kontynenty amerykańskie zdawały się dla Egipcjan jeszcze mniej dostępne niż kraje europejskie – tam z pewnością Qadir by go nie szukał. Gorzej, że nie znał hiszpańskiego, ale ten język nie wydawał się wybitnie skomplikowany. Nawet zazdrościł Cathalowi możliwości porozumienia się z każdym, kto stanął na jego drodze.
- Nie będę się zadawał z nikim, kogo nie zaaprobujesz ty albo Leta – zaczął. Chociaż w tym momencie zdawało się to czymś prostym do zrealizowania, w rzeczywistości miało takim nie być. Jamil jednak tego nie wiedział. Dla niego sprzymierzeńcy Latającej Śmierci zdawali się ludźmi o zielonych twarzach, skoro Voldemort tak bardzo lubił ten kolor. – I będę grał w karty dla czystej przyjemności… No dobra, za głupoty typu kto komu stawia alkohol albo myje okna – ciągnął dalej, teraz jednak znając się na tyle, by wiedzieć, że Kwintoped czy Trefny Lelek bez odrobiny ryzyka nie jest tym samym. – Cal, proszę. Nie poradzę sobie sam z Nundu. Qadir ma jakiś fetysz związany z własną matką, więc nie tknie mojej, ale jeśli będzie wiedział, że wciąż jestem w Egipcie, będzie mnie szukał w rodzinnym domu. Spłacę was wszystkich, obiecuję. Możesz zabierać moją wypłatę, ale bez was zginę w przeciągu tygodnia.