Dreszcz emocji przechadzający się po wszystkich kręgach kręgosłupa zwolna, idąc w okrutnym duecie z ekstazą rozbijającą poły w umyśle, czyniły ją tą, której się najbardziej obawiała. Bezwzględną istotą, gotową do zadawania bólu dla własnej uciechy, uważającą się za panią życia i śmierci, bytowania i jego kresu – bestia więziona skrzętnie w płucach wydostała się na światło dziennie, obmywając posadzkę rdzawymi różami uwydatnionymi przez krew. Westchnięcie zamarło na wargach i prawdopodobnie mógłby ujrzeć parszywy uśmiech wstępujący na tron ust, gdyby nie więziła ich maska, skrzętnie przykrywająca szlachetne rysy twarzy, które nagle zmieszały się z drapieżnością szaleńca.
Jej głos po chwili wybuchł salwą śmiechu; opętanego, okrutnego i wyzbytego z ludzkich odruchów. Słyszała miażdżoną pod obcasem tkankę, a symfonia tego dźwięku sprowadziła ją na sam skraj ekstazy. Wyzbyła się z wszelkiej kontroli, nie trzymała już w ryzach potwora walczącego w prozie codzienności o pierwsze skrzypce – pozwoliła mu na swoistą wolność, której konsekwencją było to – niewybredne okrucieństwo.
Była wyrafinowana w swoim wyrachowaniu, a krzywdząc przypominała baletnicę w tańcu, wspinającą się na szczyty point; mikra sylwetka stanowiła niepozorność samą w sobie, prawdopodobnie nikt nie spodziewałby się po jej anemicznej osobie takiego ogromu zaangażowania w cudzą krzywdę.
Kucnęła przy mężczyźnie zwijającym się w krasie konwulsji – dokładnie temu, któremu jeszcze sekundy wcześniej miażdżyła dłoń obcasem. Ujęła jego rękę delikatnie, nieomal pieszczotliwie, jednak gdy tylko uniosła dłoń, prędko dosłyszalny stał się trzask wyłamywanych stawów.
– Licz ze mną – zwróciła się do swej ofiary. – Jeden – rzuciła, a palec wskazujący wygiął się nienaturalnie, gubiąc pierwotny kształt. – Dwa – rzekła, czyniąc podobnie z kolejnym – środkowym.
Kobieta, na której szyi następnie zaciskała dłonie, zamarła w bezruchu – tak jakby krzyk nie mógł przedrzeć się przez zaciśnięte na krtani palce.
– Będziesz milczeć posłusznie, czy mam cię do tego zmusić? – zabrzmiała retoryką.
Wyjąwszy różdżkę kobiety, schowaną gdzieś pod warstwą odzienia, natychmiastowo ją złamała, rzucając gdzieś w kąt, aby następnie zaprowadzić ją na zaplecze, gdzie Chester pochylał się nad zwiniętym konwulsyjnie charłakiem.