Krwiste niebo nieodzownie świadczyło o gęstej kuli ognia zamykającej się niewiele nad horyzontem, aby niebawem upstrzyć podszycie ziemskie guzikami gwiazd i czernią rozlanej kawy. Grudniowy mróz w żadnej mierze nie opuszczał ich zaklętych ponad chłód barwiący eter z każdym opuszczającym wargi, niepewnym westchnięciem, kreowanym w późniejszych sekundach na niebanalny uśmiech. Patrzyła na niego z troską, bo tylko on był w stanie wzbić gęste tumany przejęcia w jej umyśle; tylko dla niego gotowa byłaby zabić i zostać zabitą – gościł w jej sercu codziennie i od święta i choć ich relacja nie zawierała w sobie pierwiastków czegoś nieodpowiedniego, był dla niej niechybnie najważniejszy. Filuterny uśmech ten więc, który kierowała ku niemu niepewnie, rozlał czerwień barwionych karminem warg, ukazując odrobinę nierówne zęby, o wysuniętych subtelnie kłach. Jej urok leżał w niedoskonałości; w byciu tą drobną trzpiotką, której agresję Borgin tak sobie ukochał i która nie opuszczała klatki żeber nader często.
Dom w Little Hangleton, przestrzenny, o wielkich okiennicach, z których języki słońca wyglądały nieśmiało, obmywając panele położone na podłodze i ściany, na których pozostały dawne duchy obrazów w postaci odrobinę mocniej zabielonych śladów. Bo przecież słońce zamieniało każdorazowo blichtr tandetnych tkanin w lśniący przepych – tu jednak nie było mowy o żadnym ze wspomnianych; przestrzenność domu sugerowała jej wyraźnie, a w ciemię bita nie była, iż zamierza tu zamieszkać z kimś. Z kimś, kim nie była ona, piastując niewielkie mieszkanie na Pokątnej, zagracone obrazami i ogólnym chaosem – wynikową jej temperamentnej osobowości.
Usiadła na jednym z foteli umieszczonych na tarasie, aby po chwili wyciągnąć z kieszeni spodni bogato zdobioną papierośnicę. Nie minęło długo, aż jej warg otuliły miękko filtr, a końcówka nikotynowego źródła rozpusty zajęła się ognistym oczkiem.
Spojrzała raz jeszcze na bladego ducha znaku, barwiącego skórę przedramienia. Był wart wszystkiego, przez co musieli przejść, dzieląc zbrodnię na dwoje.
Slughorn był jednym z bardziej wpływowych, promugolskich sędziów Wizengamotu – stał się prędko oczywistym celem naprostowania, w jej mniemaniu pokiereszowanego kręgosłupa moralnego – wszak któż o zdrowych zmysłach broniłby tak plugawych stworzeń?; plan był od początku jasny – rolą jej bliźniaka było obezwładnienie mężczyzny, sprowadzenia go do Loretty, gdzie ta mogła użyć na nim hipnozy.
Związane nadgarstki na pewno zaznaczyły się sinym śladem, gdyż potraktowany został bez zbytku pieszczotliwości. Ona zaś, zawsze nosiła przy sobie skromne wahadło – ta sytuacja jednak, skrupulatnie przez nich przemyślana i określona, napomniała ją o tym, aby przedmiotu hipnotycznego nie zapomniała w salwie szaleństwa – wszystko działo się w końcu tak szybko.
Poddanie Slughorna hipnozie było nad wyraz łatwe – nie był on oklumentą czy jakkolwiek istotą biegłą w zachowywaniu stalowego muru wokół umysłu. Bardziej kruchy, aniżeli silny, prędko poddał się urokowi. Cel był jasny – skłonienie mężczyzny do uniewinnienia jednego ze śmierciożerców, oczekujących na wyrok, którego puentą prawdopodobnie miało być uwięzienie go w Azkabanie. Udało jej się zaszczepić tę ideę pośród myśli mężczyzny – wówczas pozostało tylko zmodyfikowanie jego pamięci i uwolnienie go jakby nigdy nic.
Znajomym prawdopodobnie opowiadał, że poniosły go alkoholowe trunki.
– Przyszłość stoi świetlana, Lou – odparła miękko, po raz kolejny unosząc filtr papierosa ku wargom. – Bywam gwałtowna i obawiam się, że to mnie może zgubić. Czasami mam wrażenie, że nie jestem sobą – dodała po chwili.
Przez moment wpatrywała się w oblicze bliźniaka, zupełnie jakby w jej krtani grzęzły i więziły się słowa, których wypowiedzieć nie potrafiła. Na moment skrzywiła się brzydko, jak gdyby porwały ją własne miriady myśli, jednak gdy sarni wzrok powrócił na sylwetkę brata, uśmiechnęła się urokliwie.
– Spodziewałeś się tego, co nadeszło? – zagaiła, gasząc papierosa w popielniczce.