27.04.2026, 01:12 ✶
Tak, to ja. Prawdopodobnie zastanawiacie się, jak znalazłam się w tej sytuacji...
Zwykłe spotkanie w terenie, nic nowego w zakresie jej pracy. Wybrała to zamiast renowacji zniszczonych obrazów, bo to wymagało wiele wysiłku i godzin spędzonych w oparach eliksirów i zaklęć konserwujących, a wciąż nie czuła się na siłach, by wrócić do galerii w pełnym wymiarze godzin. Eliksiry otrzymane od Basiliusa i Rodolphusa złagodziły najgorsze objawy - pozwalały jej oddychać bez bólu przez większość dnia, tłumiły kaszel, przywracały pozory normalności. A jednak ciało wciąż odmawiało całkowitego posłuszeństwa. Oddech bywał płytszy, a zmęczenie przychodziło szybciej. Spotkania biznesowe nie były za to wymagające fizycznie - rozmowa, negocjacje, podpisanie umowy. Rola, którą potrafiła odgrywać bezbłędnie.
Tym razem chodziło o renowację krypty, co samo w sobie było dość nietypowym zleceniem. W normalnych okolicznościach może odrzuciłaby propozycję z miejsca, ale trudne czasy wymagają nadzwyczajnych środków.
I tak znalazła się w rezydencji, która wyglądała na opuszczoną i bardzo zaniedbaną. Kamienne ściany nosiły ślady czasu, jakby przez lata nikt nie próbował przywrócić im dawnego blasku. Wnętrze uderzyło ją ciężarem, którego nie dało się zignorować, ale nie cofnęła się ani o krok, naewt jeśli zapach wilgoci był wszechobecny. Mimo wszystko szła dalej, prowadzona przez gospodarzy wraz z wysokim mężczyzną, który, jak się dowiedziała po przedstawieniu, przybył tu w tym samym celu. Pani Vaillant mówiła coś lekkim, niemal zbyt jasnym tonem o rzadkich wizytach, o ciszy, która zwykle wypełniała te mury. Astoria słuchała, choć sens słów docierał do niej jak przez mgłę. Czuła się nieswojo, mimo ciepłego przyjęcia właścicieli. Było w tym miejscu coś odpychającego i coś, co przyciągało równie silnie. Ta sprzeczność była niemal namacalna, jak napięcie w powietrzu przed burzą. Nie powinna chcieć zostać ani chwili dłużej, niż to konieczne. A jednak ciekawość zawodowa i upór nie pozwała jej się wycofać.
Zostali zaproszeni do jadalni. Stół był długi, starannie nakryty, zastawa lśniła w świetle świec, a kryształowe kielichy odbijały ich refleksy. Wszystko wyglądało tak, jak powinno - symetryczne, eleganckie, dopracowane w najmniejszym szczególe. Usiedli. Jej uwaga szybko skupiła się na rozmowie: na tonie głosu gospodarzy, na doborze słów, na subtelnych niuansach, które zdradzały więcej niż bezpośrednie deklaracje. Pytała, słuchała, odpowiadała, prowadząc konwersację z precyzją, ale nie zauważyła, że na stole nie pojawiło się jedzenie.
Dopiero, kiedy chciała wstać za potrzebą, zorientowała się, że nie może odsunąć krzesła ani podnieść się z miejsca. Rzuciła zdezorientowanym wzrokiem na mężczyznę obok i ponawiała próby, z coraz większą desperacją. - Co się dzieje... - wymamrotała, próbując uspokoić wzbierającą w niej panikę. Spojrzała na panią Vaillant i wtedy wszystko zaczęło się rozjaśniać. Pułapka. Kolacja, która nigdy nie miała się pojawić. Jej spojrzenie przesunęło się powoli po stole, potem po twarzach gospodarzy. Vaillantowie nie kryli się już z niczym. Rozmawiali między sobą, jakby goście przestali istnieć - albo jakby byli już tylko elementem planu, który należało dopracować. Próbowała zlokalizować różdżkę, ale z przerażeniem zorientowała się, że była rozbrojona. Kim oni do cholery byli? Wampirami? I kiedy zdążyli ukraść jej broń?
Astoria zaczynała wierzyć, że naprawdę ciąży nad nią jakieś fatum, bo jakie są szanse, że w ciągu jednego miesiąca zostanie zaatakowana dwukrotnie? Próbowała zdusić przerażenie, skupić się na analitycznej naturze swojego umysłu i wyłapać szczegóły tego, co muszą zrobić, żeby się z tego wydostać.
- Nie. Mam. Różdżki. - wyszeptała na tyle głośno, by mężczyzna obok usłyszał, ale na tyle cicho, by nie zakłócić rozmowy gospodarzy. Lepiej, żeby byli teraz skupieni na sobie. Dziewczyna zaczęła rozglądać się gorączkowo, by wyłapać jakiekolwiek wskazówki. - M-masz jakiś pomysł? Chyba też... nie mogą wstać.
(uznaję, że w międzyczasie zabrali nam różdżki i po uwolnieniu sobie odbierzemy)
Zwykłe spotkanie w terenie, nic nowego w zakresie jej pracy. Wybrała to zamiast renowacji zniszczonych obrazów, bo to wymagało wiele wysiłku i godzin spędzonych w oparach eliksirów i zaklęć konserwujących, a wciąż nie czuła się na siłach, by wrócić do galerii w pełnym wymiarze godzin. Eliksiry otrzymane od Basiliusa i Rodolphusa złagodziły najgorsze objawy - pozwalały jej oddychać bez bólu przez większość dnia, tłumiły kaszel, przywracały pozory normalności. A jednak ciało wciąż odmawiało całkowitego posłuszeństwa. Oddech bywał płytszy, a zmęczenie przychodziło szybciej. Spotkania biznesowe nie były za to wymagające fizycznie - rozmowa, negocjacje, podpisanie umowy. Rola, którą potrafiła odgrywać bezbłędnie.
Tym razem chodziło o renowację krypty, co samo w sobie było dość nietypowym zleceniem. W normalnych okolicznościach może odrzuciłaby propozycję z miejsca, ale trudne czasy wymagają nadzwyczajnych środków.
I tak znalazła się w rezydencji, która wyglądała na opuszczoną i bardzo zaniedbaną. Kamienne ściany nosiły ślady czasu, jakby przez lata nikt nie próbował przywrócić im dawnego blasku. Wnętrze uderzyło ją ciężarem, którego nie dało się zignorować, ale nie cofnęła się ani o krok, naewt jeśli zapach wilgoci był wszechobecny. Mimo wszystko szła dalej, prowadzona przez gospodarzy wraz z wysokim mężczyzną, który, jak się dowiedziała po przedstawieniu, przybył tu w tym samym celu. Pani Vaillant mówiła coś lekkim, niemal zbyt jasnym tonem o rzadkich wizytach, o ciszy, która zwykle wypełniała te mury. Astoria słuchała, choć sens słów docierał do niej jak przez mgłę. Czuła się nieswojo, mimo ciepłego przyjęcia właścicieli. Było w tym miejscu coś odpychającego i coś, co przyciągało równie silnie. Ta sprzeczność była niemal namacalna, jak napięcie w powietrzu przed burzą. Nie powinna chcieć zostać ani chwili dłużej, niż to konieczne. A jednak ciekawość zawodowa i upór nie pozwała jej się wycofać.
Zostali zaproszeni do jadalni. Stół był długi, starannie nakryty, zastawa lśniła w świetle świec, a kryształowe kielichy odbijały ich refleksy. Wszystko wyglądało tak, jak powinno - symetryczne, eleganckie, dopracowane w najmniejszym szczególe. Usiedli. Jej uwaga szybko skupiła się na rozmowie: na tonie głosu gospodarzy, na doborze słów, na subtelnych niuansach, które zdradzały więcej niż bezpośrednie deklaracje. Pytała, słuchała, odpowiadała, prowadząc konwersację z precyzją, ale nie zauważyła, że na stole nie pojawiło się jedzenie.
Dopiero, kiedy chciała wstać za potrzebą, zorientowała się, że nie może odsunąć krzesła ani podnieść się z miejsca. Rzuciła zdezorientowanym wzrokiem na mężczyznę obok i ponawiała próby, z coraz większą desperacją. - Co się dzieje... - wymamrotała, próbując uspokoić wzbierającą w niej panikę. Spojrzała na panią Vaillant i wtedy wszystko zaczęło się rozjaśniać. Pułapka. Kolacja, która nigdy nie miała się pojawić. Jej spojrzenie przesunęło się powoli po stole, potem po twarzach gospodarzy. Vaillantowie nie kryli się już z niczym. Rozmawiali między sobą, jakby goście przestali istnieć - albo jakby byli już tylko elementem planu, który należało dopracować. Próbowała zlokalizować różdżkę, ale z przerażeniem zorientowała się, że była rozbrojona. Kim oni do cholery byli? Wampirami? I kiedy zdążyli ukraść jej broń?
Astoria zaczynała wierzyć, że naprawdę ciąży nad nią jakieś fatum, bo jakie są szanse, że w ciągu jednego miesiąca zostanie zaatakowana dwukrotnie? Próbowała zdusić przerażenie, skupić się na analitycznej naturze swojego umysłu i wyłapać szczegóły tego, co muszą zrobić, żeby się z tego wydostać.
- Nie. Mam. Różdżki. - wyszeptała na tyle głośno, by mężczyzna obok usłyszał, ale na tyle cicho, by nie zakłócić rozmowy gospodarzy. Lepiej, żeby byli teraz skupieni na sobie. Dziewczyna zaczęła rozglądać się gorączkowo, by wyłapać jakiekolwiek wskazówki. - M-masz jakiś pomysł? Chyba też... nie mogą wstać.
(uznaję, że w międzyczasie zabrali nam różdżki i po uwolnieniu sobie odbierzemy)
learn the rules
then break some
then break some