o przeszłości
To było wtedy, kiedy grywał jeszcze w Wiwernie. Albo pod Wiwernem, bo właściciel nie chciał go nawet wziąć na rozmowę. Tamtego wieczora, jak zawsze, wstąpił po picie. Zaskórniaków starczyło akurat na coś gazowanego. Bąbelki szczypały w nos. Ludzie potykali się o jego walizkę. Już miał dość przepraszania, więc przeniósł się na ostatni stołek przy barze, tuż obok toalet. No i wtedy potknął się o walizkę gość wychodzący z łazienki. Z peleryną. Nawet nie zobaczył jego twarzy. Nie wydarł się na niego jak reszta bywalców, nie, nie. Koleś stanął, popatrzył na walizkę, potem na niego. Obdarzył Zenka długim spojrzeniem. Bardzo długim. Zenek wetknął nos w bąbelki. Gdy uniósł twarz znad szklanki, jego już nie było. Za to kiedy wrócił do swojego mieszkania, na drzwiach zastał napis: SZLAMEN. Zenek się zmartwił. No bo fakt, szlamenem był, ale nie Niemcem. Zmył napis gąbką. Ten i różne inne napisy pojawiały się odtąd każdego dnia. Zenka bolał nadgarstek od zmywania. Coś go skręcało pod piersią, kiedy chodził spać, ale było to do przeżycia. Potem zaczęły się zaklęcia. Zenek nigdy nie był przygotowany. Bombarda odbijała się o szybę pokoju, budząc go przeraźliwym hukiem. Innych zaklęć nie znał, ale znał ich skutki. Zaklęcia na smród, na ropuchy, na kule ognia. Przestał grywać pod Wiwernem. Napisał właścicielowi mieszkania sowę z wypowiedzeniem. W ciągu tygodnia się wyprowadził.
Chyba najbardziej w tym wszystkim konfundowały go kartki, które prześladowcy wtykali mu we framugę drzwi. Jak mogli mu zarzucać, że był mugolem, Zakonnikiem i Śmierciożercą równocześnie? No jak?