14.03.2023, 19:37 ✶
Chciała, żeby William żył; prawdę powiedziawszy, nie życzyła nikomu śmierci. Brzmi nieprawdopodobnie, ale Eden uważała śmierć za wybawienie w większości przypadków, prawie nigdy za karę. Z tym spojrzeniem na sprawę nie mogła więc życzyć własnym przeciwnikom ulgi w cierpieniu, bo to byłoby niedorzeczne - wręcz przeciwnie, liczyła, że będą żyli jak najdłużej, męcząc się każdego dnia tak bardzo, jeśli nie bardziej niż ona sama.
Elliott miał jednak ciutkę racji w tym wszystkim - nie brzmiała, jakby życzyła Williamowi źle. Choć przez długi czas próbowała przekonać samą siebie, że weszła w związek małżeński ze swoim nemezis, zrozumiała wreszcie, że ten plan musiał spalić na panewce. W tym wszystkim brakowało logiki, nie miała powodu, by go nienawidzić. Zbyt stanowczo stąpała po ziemi, by zbudować cokolwiek na fikcji, choćby i konflikt.
Uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc śmiech brata. Zawsze uznawała to za małe zwycięstwo, kiedy udawało się jej go rozśmieszyć, choć szczerze powiedziawszy cała ta sytuacja nie była w żadnym wypadku powodem do śmiechu. Zachowywali się teraz jak dzieci, którymi nikt nigdy nie pozwolił im być.
- Jak to co? Pstro - burknęła pod nosem, też nie widząc sensu kryjącego się za zachowaniem swojego męża. - Znaczy, pytał mnie, czy nie chce czegoś innego, ale te sukienki wyglądały jak coś, w co ubierają się duchy, żeby straszyć na zamku w Hogwarcie, a biżuterii mam tyle, że chyba zacznę ją znosić na złom. Liczyłam, że im dalej w las, tym lepsze będą fanty. No i były, ale co się dalej stało, to już wiesz. - Wywróciła oczyma, westchnęła, a potem zaczęła się smutno gapić w rozbujaną taflę alkoholu we własnej szklance. Nadal sądziła, że została wtedy opacznie zrozumiana - przecież na starcie powiedziała Willowi, że chce tylko się powygłupiać i na żadną kolację nie pójdzie.
- Swoją drogą zaczęłam licytować Erika tylko dlatego, że ty zacząłeś i chciałam ci podokuczać - wyznała, zerkając ukradkiem na brata. - Więc jeśli dojdzie do rozwodu, to jak zwykle będzie to twoja wina. Nie pytam, czy jesteś z siebie dumny, bo doskonale wiem, że jesteś, ale liczę chociaż, że przyjdziesz na salę rozpraw jako oskarżyciel posiłkowy. - Mówiła pół-żartem, pół-serio. Oczywiście tak naprawdę nie obwiniała Elliotta o swoje niepowodzenia małżeńskie, ale naprawdę liczyła, że jak wszystko się jej w życiu posypie, to chociaż on będzie tą stałą wartością ociekającą sarkazmem, która przyjdzie ją kopnąć w nerki, co by nie popadła w marazm i pamiętała, że gardę należy mieć wysoko bez względu na zaistniałe okoliczności łagodzące.
Wysłuchała tyrady brata na temat skrzywdzonego ego, wyciągniętej ręki na zgodę, która została odtrącona oraz, prawie-że rodzinnego motto, "ogarnij się". Wolałaby zwymiotować prosto na kolana brata wszystkie przystawki, które miała obecnie w żołądku, niż przyznać, że miał rację.
Ale miał.
- Ostrożnie z tą psychoanalizą, bo jeszcze przez ciebie Black straci pracę i wtedy będzie już zupełnie bezużyteczny dla społeczeństwa - oświadczyła, zdobywając się na najbardziej znudzony ton głosu, jaki miała w zanadrzu. Wzięła kolejny łyk alkoholu, po czym z powrotem oparła się na ramieniu brata, czując jak jego kościsty bark wbija się w głąb jej policzka.
- Chciałabym się nad tym przestać rozckliwiać, ale tylko to zdaje się na niego działać - przyznała cicho. - Nienawidzę wzbudzać w ludziach litości, ale tonący nawet brzytwy się chwyta. - Nie była gotowa powiedzieć bliźniakowi wprost, że wyła jak bóbr przez faceta, bo była święcie przekonana, że wyśmiałby ją tak, że jego śmiech odbijałby się na wieki po ścianach Azkabanu, gdzie niechybnie by wylądowała po tym, jak dokonałaby na bracie zbrodni w afekcie. Niemniej musiała choćby napomknąć o skali tragedii, w jakiej się obecnie znajdowała. W taki czy inny sposób.
- Nie doszłoby do takiego małżeństwa z prostej przyczyny - odparła błyskawicznie na wspomnienie Mulcibera. - Zabiłabym albo jego, albo siebie. Ojciec doskonale wie, do czego jestem zdolna. - Eden wcale nie żartowała, Fortinbras nie kusiłby losu. Przynajmniej w przeszłości, teraz mu peron odjeżdżał z zawrotną prędkością i ciężko było przewidzieć jego zachowanie.
To samo zresztą można było teraz powiedzieć o Elliocie, którego ramię oplotło ją wokół. Spojrzała spod byka na rękę brata niebezpiecznie blisko swojego ciała i dopiero wtedy do niej dotarło, że przecież sama rozpoczęła ten wynaturzony pokaz czułości.
W normalnej sytuacji zrzuciłaby rekę Elliotta, teatralnie powstrzymałaby odruch wymiotny, a potem spojrzałaby na niego jak na świera. Teraz jednak stwierdziła, że skoro już i tak się kolektywnie kompromitują, to co się będzie ograniczać, a następnie objęła go w pasie, opierając głowę na jego piersi.
- Przytyłeś? - zapytała, próbując zabić niezręczną ciszę. W końcu lepiej ciszę niż samą siebie.
Elliott miał jednak ciutkę racji w tym wszystkim - nie brzmiała, jakby życzyła Williamowi źle. Choć przez długi czas próbowała przekonać samą siebie, że weszła w związek małżeński ze swoim nemezis, zrozumiała wreszcie, że ten plan musiał spalić na panewce. W tym wszystkim brakowało logiki, nie miała powodu, by go nienawidzić. Zbyt stanowczo stąpała po ziemi, by zbudować cokolwiek na fikcji, choćby i konflikt.
Uśmiechnęła się mimowolnie, słysząc śmiech brata. Zawsze uznawała to za małe zwycięstwo, kiedy udawało się jej go rozśmieszyć, choć szczerze powiedziawszy cała ta sytuacja nie była w żadnym wypadku powodem do śmiechu. Zachowywali się teraz jak dzieci, którymi nikt nigdy nie pozwolił im być.
- Jak to co? Pstro - burknęła pod nosem, też nie widząc sensu kryjącego się za zachowaniem swojego męża. - Znaczy, pytał mnie, czy nie chce czegoś innego, ale te sukienki wyglądały jak coś, w co ubierają się duchy, żeby straszyć na zamku w Hogwarcie, a biżuterii mam tyle, że chyba zacznę ją znosić na złom. Liczyłam, że im dalej w las, tym lepsze będą fanty. No i były, ale co się dalej stało, to już wiesz. - Wywróciła oczyma, westchnęła, a potem zaczęła się smutno gapić w rozbujaną taflę alkoholu we własnej szklance. Nadal sądziła, że została wtedy opacznie zrozumiana - przecież na starcie powiedziała Willowi, że chce tylko się powygłupiać i na żadną kolację nie pójdzie.
- Swoją drogą zaczęłam licytować Erika tylko dlatego, że ty zacząłeś i chciałam ci podokuczać - wyznała, zerkając ukradkiem na brata. - Więc jeśli dojdzie do rozwodu, to jak zwykle będzie to twoja wina. Nie pytam, czy jesteś z siebie dumny, bo doskonale wiem, że jesteś, ale liczę chociaż, że przyjdziesz na salę rozpraw jako oskarżyciel posiłkowy. - Mówiła pół-żartem, pół-serio. Oczywiście tak naprawdę nie obwiniała Elliotta o swoje niepowodzenia małżeńskie, ale naprawdę liczyła, że jak wszystko się jej w życiu posypie, to chociaż on będzie tą stałą wartością ociekającą sarkazmem, która przyjdzie ją kopnąć w nerki, co by nie popadła w marazm i pamiętała, że gardę należy mieć wysoko bez względu na zaistniałe okoliczności łagodzące.
Wysłuchała tyrady brata na temat skrzywdzonego ego, wyciągniętej ręki na zgodę, która została odtrącona oraz, prawie-że rodzinnego motto, "ogarnij się". Wolałaby zwymiotować prosto na kolana brata wszystkie przystawki, które miała obecnie w żołądku, niż przyznać, że miał rację.
Ale miał.
- Ostrożnie z tą psychoanalizą, bo jeszcze przez ciebie Black straci pracę i wtedy będzie już zupełnie bezużyteczny dla społeczeństwa - oświadczyła, zdobywając się na najbardziej znudzony ton głosu, jaki miała w zanadrzu. Wzięła kolejny łyk alkoholu, po czym z powrotem oparła się na ramieniu brata, czując jak jego kościsty bark wbija się w głąb jej policzka.
- Chciałabym się nad tym przestać rozckliwiać, ale tylko to zdaje się na niego działać - przyznała cicho. - Nienawidzę wzbudzać w ludziach litości, ale tonący nawet brzytwy się chwyta. - Nie była gotowa powiedzieć bliźniakowi wprost, że wyła jak bóbr przez faceta, bo była święcie przekonana, że wyśmiałby ją tak, że jego śmiech odbijałby się na wieki po ścianach Azkabanu, gdzie niechybnie by wylądowała po tym, jak dokonałaby na bracie zbrodni w afekcie. Niemniej musiała choćby napomknąć o skali tragedii, w jakiej się obecnie znajdowała. W taki czy inny sposób.
- Nie doszłoby do takiego małżeństwa z prostej przyczyny - odparła błyskawicznie na wspomnienie Mulcibera. - Zabiłabym albo jego, albo siebie. Ojciec doskonale wie, do czego jestem zdolna. - Eden wcale nie żartowała, Fortinbras nie kusiłby losu. Przynajmniej w przeszłości, teraz mu peron odjeżdżał z zawrotną prędkością i ciężko było przewidzieć jego zachowanie.
To samo zresztą można było teraz powiedzieć o Elliocie, którego ramię oplotło ją wokół. Spojrzała spod byka na rękę brata niebezpiecznie blisko swojego ciała i dopiero wtedy do niej dotarło, że przecież sama rozpoczęła ten wynaturzony pokaz czułości.
W normalnej sytuacji zrzuciłaby rekę Elliotta, teatralnie powstrzymałaby odruch wymiotny, a potem spojrzałaby na niego jak na świera. Teraz jednak stwierdziła, że skoro już i tak się kolektywnie kompromitują, to co się będzie ograniczać, a następnie objęła go w pasie, opierając głowę na jego piersi.
- Przytyłeś? - zapytała, próbując zabić niezręczną ciszę. W końcu lepiej ciszę niż samą siebie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~