27.04.2026, 10:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.04.2026, 10:13 przez Kate Barclay.)
Kate nie dbała w tej chwili o swój strój, choć stroić lubiła się bardzo. Barclay nie była tak bogata, by stroić się u Rosierów na co dzień, ale pewnie i tak nie chciałaby tego robić, lubując się w bardzo określonych ubraniach i nawet w tej chwili w zaułku, szata kobiety wyróżniała się i nietypowym krojem, i kolorami. Ubranie nosiło oczywiście ślady przedzierania się przez tłum: pantofelki były brudne, szata poszarpana na ramieniu, gdzieś na boku pojawiło się rozdarcie. Jedna ze spinek, podtrzymujących fryzurę, musiała wysunąć się, gdy przeciskały się pomiędzy ludźmi, i część włosów opadła teraz luźno, gdy resztę trzymała spinka druga, co na pewno nie wyglądało zbyt dobrze.
Kate jednak nawet nie próbowała tego wszystkiego poprawiać, a po upewnieniu się, że wszystkie kończyny są całe, a jej towarzyszka wydaje się żywa, zaczęła uważnie oglądać własne dłonie. I z ulgą stwierdziła, że choć jedna bolała, to chyba od jakiegoś niedużego uderzenia. Dobrze, ręce były dla niej narzędziem pracy, a choć absurdem było martwienie się w takich okolicznościach zleceniem… to i tak się zmartwiła.
– Żaden problem. Trzeba sobie pomagać – powiedziała, wyrwana z zamyślenia przez Astorię. Opuściła dłonie i posłała jej uśmiech. Co mogła o niej skojarzyć Avery? Pewnie imię i głównie to, że czasem przemknęła tu i ówdzie, ale trzymała się z boku, a zapamiętana została raczej ze względu na ciemniejszą skórę, biżuterię, którą się obwieszała i stroje, jakie nosiła. Kate była tym dziwnym rodzajem osoby, któremu uwaga na pewno nie przeszkadzała, skoro nosiła się tak, a nie inaczej, a jednocześnie zupełnie nie była zainteresowana światłem reflektorów. Skupiona mocno na rodzinie i własnej pracy, myśląc głównie o kolejnej błyskotce i amulecie do wykonania. – Tylko parę siniaków, ale ciebie chyba trochę poobijali. Dasz radę się teleportować? Zabrać cię dokądś? – spytała, plecami przytulając się do ściany, bo w zaułek skręcały kolejne osoby, ale wydawało się, że tłum się powoli rozbija, że krzyków słychać mniej, mniej ludzi przebiega obok. Panika powoli przemijała. A Kate zadumała się trochę, czy uciekać stąd, daleko, daleko, może aż do Szkocji i dawnego domu rodzinnego, czy może zachować się przyzwoicie i spróbować pomagać, tak jak właśnie powiedziała Avery.
Kate jednak nawet nie próbowała tego wszystkiego poprawiać, a po upewnieniu się, że wszystkie kończyny są całe, a jej towarzyszka wydaje się żywa, zaczęła uważnie oglądać własne dłonie. I z ulgą stwierdziła, że choć jedna bolała, to chyba od jakiegoś niedużego uderzenia. Dobrze, ręce były dla niej narzędziem pracy, a choć absurdem było martwienie się w takich okolicznościach zleceniem… to i tak się zmartwiła.
– Żaden problem. Trzeba sobie pomagać – powiedziała, wyrwana z zamyślenia przez Astorię. Opuściła dłonie i posłała jej uśmiech. Co mogła o niej skojarzyć Avery? Pewnie imię i głównie to, że czasem przemknęła tu i ówdzie, ale trzymała się z boku, a zapamiętana została raczej ze względu na ciemniejszą skórę, biżuterię, którą się obwieszała i stroje, jakie nosiła. Kate była tym dziwnym rodzajem osoby, któremu uwaga na pewno nie przeszkadzała, skoro nosiła się tak, a nie inaczej, a jednocześnie zupełnie nie była zainteresowana światłem reflektorów. Skupiona mocno na rodzinie i własnej pracy, myśląc głównie o kolejnej błyskotce i amulecie do wykonania. – Tylko parę siniaków, ale ciebie chyba trochę poobijali. Dasz radę się teleportować? Zabrać cię dokądś? – spytała, plecami przytulając się do ściany, bo w zaułek skręcały kolejne osoby, ale wydawało się, że tłum się powoli rozbija, że krzyków słychać mniej, mniej ludzi przebiega obok. Panika powoli przemijała. A Kate zadumała się trochę, czy uciekać stąd, daleko, daleko, może aż do Szkocji i dawnego domu rodzinnego, czy może zachować się przyzwoicie i spróbować pomagać, tak jak właśnie powiedziała Avery.