28.04.2026, 01:52 ✶
Posłała mu znaczące spojrzenie, ledwo gryząc się w język - powinien doskonale wyczytać z błysku w oku, co chciała powiedzieć: "przecież zawsze mam rację". Była w niej pewność, niemal bezczelna, ale podszyta lekkością, która odbierała jej ciężar zarozumiałości. Lubiła te ich poważne-niepoważne rozmowy, gdy poruszali istotne tematy, jak właśnie teraz miłość, ale nie sprowadzali go do ciężkich deklaracji i przygnębiających wniosków, a raczej badali aspekty pod różnymi kątami, niekiedy z ironią kpiąc z absurdów, których aktualnie nie rozumieli. Nie potrzebowali ciężaru definicji. Nie potrzebowali ostatecznych wniosków.
- Nie zrobiłabym tego - odpowiedziała po chwili, spokojnie, bez cienia wahania. Przynajmniej nie świadomie, bo przecież nie chciałaby, żeby ktoś w konsekwencji zatracił siebie. Wierzyła, że potrafiłaby odnaleźć harmonię, ale tylko z właściwą osobą. - A jeśli ktoś by przy mnie znikał... to znaczyłoby, że nigdy nie był wystarczająco obecny.
Miała w sobie skłonność do balansowania na granicy, do delikatnego podważania reguł - nie na tyle, by je całkowicie złamać, lecz wystarczająco, by sprawdzić, jak daleko może się posunąć, zanim ktoś spróbuje ją zatrzymać. W lekkim zamyśleniu uniosła kieliszek i upiła łyk wina, pozwalając, by smak na moment zagłuszył myśli. Dopiero po chwili prychnęła cicho na jego kleptomańskie zapędy.
- Myślisz, że wybrałabym jakąś pierdołę? Za bardzo cię cenię, by cię tak obrazić - jej zadziorny uśmiech tylko się pogłębił. Czy lubiła wprowadzać go w zakłopotanie? Czasem kłopoty? Być może. Ale nie stawiała przed nim wyzwań ponad jego siły. - Jeśli mamy już łamać zasady, to z rozmachem - dodała po chwili cicho, a kiedy odwzajemnił jej sentymentalne zapewnienie, zrobiło jej się automatycznie ciepło na sercu i zacisnęła na moment jego dłoń, żeby ograniczyć te konspiracyjne szepty, które z perspektywy mogły wyglądać równie podejrzanie, co wypowiedziane słowa.
Nie wstydziła się ich więzi, ale nie chciała też paść ofiarą niezręcznych plotek zaledwie kilka miesięcy od śmierci jej narzeczonego, a jego brata. Z drugiej strony niewiele mogła na to poradzić, że czuła się w jego towarzystwie na tyle swobodnie, że instynktownie lgnęła do niego i skracała dystans, który mógłby być towarzysko nieakceptowalny.
W końcu spojrzała na siebie w lustrze. Niebieska skóra kontrastowała z głęboką zielenią sukni i złotem maski w sposób niemal estetyczny. Gdyby nie kontekst, można by uznać to za zamierzony efekt. Przesunęła palcami po policzku, badając fakturę, jakby upewniała się, że to wciąż ona.
- Ale jak to? W takiej wersji to już fuj? Nie podobam ci się? - założyła ręce na biodrach, bo przecież oczekiwała od niego więcej wsparcia i miłości. Błękit podkreślał ją w sposób niemal symboliczny, jakby wyciągał na powierzchnię coś, co zwykle pozostawało ukryte pod warstwą chłodnej elegancji.
- Przyznaję, to dość odważna interpretacja stroju - w jej głosie pobrzmiało rozbawienie, choć pod nim kryło się napięcie. Nie czuła się teraz najbardziej komfortowo, ale to żadna tragedia, o ile efekt jest krótkotrwały. Co, jeśli zostanie w tej wersji do końca wieczoru? Nie panikowała otwarcie, ale rozejrzała się po sali, żeby wypatrzeć, czy ktokolwiek jeszcze zmienił kolor skóry. Czy to jakaś nowoczesna walka z rasizmem? Nie widziała nikogo takiego w zasięgu wzroku, więc wróciła spojrzeniem do Leviathana. - Chyba się mnie nie wstydzisz?
learn the rules
then break some
then break some