28.04.2026, 11:30 ✶
Brenna nawet nie wypytywała, po co dokładnie Dora chce iść do Chinatown: dziewczyna chciała tam iść i nie chciała być sama, Brenna więc zerknęła tylko w swój grafik i zaproponowała możliwe terminy. Świat wiosną 1971 już może się powoli sypał, ale jeszcze nie rozpadał, a ona jednak nie spodziewała się śmierciożerców przepychających się pośród tłumów ludzi w Chinatown. Na pewno nie oczekiwałaby, że jej dziadek wybierze się tutaj z wizytą. Mimo to trzymała dłoń na ramieniu Dory, jakoś tak odruchowo, chyba bardziej niż z obawy, że coś się stanie, to aby nie zgubić jej w tłumie. Chinatown było fascynujące, ale też głośne, tłoczne i niewykluczone, że niebezpieczne, tymi całkowicie niemagicznymi zagrożeniami w rodzaju kieszonkowców.
– Złoto i czerwień – stwierdziła z rozbawionym uśmiechem, rzecz jasna pijąc do kolorów Gryffindoru. I jednego, i drugiego (z przewagą tego drugiego) było tutaj bardzo dużo. – Ten składnik będzie w sklepie… takim naszym czy takim ich? – spytała, mając oczywiście na myśli czy szukają sklepu czarodziejskiego, czy mugolskiego, ale chociaż wątpiła, by ktoś zwrócił uwagę na gadanie o czarach, starała się jednak w tłumie nie podchodzić do ustawy tajności aż tak beztrosko.
Co nie powstrzymało jej przed zadaniem kolejnego pytania, pochylając się ku Dorze nieco, nim je wypowiedziała.
– Hej, chińskie smoki naprawdę tak wyglądają? – zapytała, zapatrzona w malunki przedstawiające chińskie smoki właśnie, nad jednym z lokali. Była zaintrygowana, czy w Azji takie stworzenia naprawdę występowały, czy były tylko elementem folkloru. – Musimy koniecznie kupić coś do jedzenia, skoro już tutaj jesteśmy. Ładnie pachnie – dorzuciła, gdy przechodziły obok jakiejś budki z jedzeniem i napłynęły ku nim zapachy. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek jadła „kurczaka po chińsku”, promowanego na plakacie umieszczonym na budce, ale uznała, że to był doskonały moment, żeby spróbować.
– Złoto i czerwień – stwierdziła z rozbawionym uśmiechem, rzecz jasna pijąc do kolorów Gryffindoru. I jednego, i drugiego (z przewagą tego drugiego) było tutaj bardzo dużo. – Ten składnik będzie w sklepie… takim naszym czy takim ich? – spytała, mając oczywiście na myśli czy szukają sklepu czarodziejskiego, czy mugolskiego, ale chociaż wątpiła, by ktoś zwrócił uwagę na gadanie o czarach, starała się jednak w tłumie nie podchodzić do ustawy tajności aż tak beztrosko.
Co nie powstrzymało jej przed zadaniem kolejnego pytania, pochylając się ku Dorze nieco, nim je wypowiedziała.
– Hej, chińskie smoki naprawdę tak wyglądają? – zapytała, zapatrzona w malunki przedstawiające chińskie smoki właśnie, nad jednym z lokali. Była zaintrygowana, czy w Azji takie stworzenia naprawdę występowały, czy były tylko elementem folkloru. – Musimy koniecznie kupić coś do jedzenia, skoro już tutaj jesteśmy. Ładnie pachnie – dorzuciła, gdy przechodziły obok jakiejś budki z jedzeniem i napłynęły ku nim zapachy. Nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek jadła „kurczaka po chińsku”, promowanego na plakacie umieszczonym na budce, ale uznała, że to był doskonały moment, żeby spróbować.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.