28.04.2026, 14:28 ✶
Ten ślub zdecydowanie nie należał do jej najszczęśliwszych dni - bo przecież wiedziała, że jej służba skończy się dopiero wtedy, gdy obwieszczony zostanie koniec zabaw.
Dawno nie była tak sumienna i sama siebie zaskakiwała - czujne oczy śledziły ruchy i gesty zebranych, czujne ucho wyłapywało strzępki rozmów i plotek, w których z pewnością o wiele lepiej orientowaliby się Jonathan czy Morfina, stara gwardia salonowych wyjadaczy, nawet jeśli papcio od lat utrzymywał, że przyjęć nie lubi. A jednak, czystokrwiste asy o wiele im łatwiej było wykonać jej zadanie.
Infiltracja.
A przecież nie mogła robić tego Geraldine w dniu jej szczęścia, choć podskórnie, w samym centrum mózgu czuła, że przyjaciółka wybornie zdaje sobie sprawę, że ich relacja wygląda zdecydowanie inaczej niż w szkole. Wciąż w głowie Moody wibrowało pytanie zadane lekko, przy piwie, przed kilkoma tygodniami: Po co ich ratowałaś? Nikt nie da Ci medalu”. Zupełnie szczere, takie od serca. Jak mogłabym nie? tak chyba brzmiała jej odpowiedź, ale brak zrozumienia w twarzy kogoś, kogo uważała za bliską sobie osobę, łamał jej serce.
A może to po prostu myśli spowodowane utrzymaniem trzeźwości w stanie nienaruszonym? Dziś na tym przyjęciu była dziewicza, jedynie zapach papierosów powoli przesłaniał wyszukane kadzidlane perfuma, które miały przykryć ten niemiły nałóg. Wykopciła na tym etapie już jedną paczkę, gdzieś na dnie magicznej kieszeni w równie magicznej sukni ciążyła kolejna. Obcasy, które dawno utonęły w błocie teraz były pantoflami z obcasami oderwanymi, jej blada twarz z każdą minutą stawała się coraz bardziej blada.
I tylko oczy pozostawałe złociste.
Osądzające.
Wściekłe.
- Chyba już ustaliliśmy, że jestem dla Ciebie Nikim. Nobody, bardzo przyjemny pseudonim artystyczny. - popiła umagicznioną lemoniadą, która przyjemnie kwasowością łaskotała jej wystający z pleców kręgosłup. Suknia miękczyła jej kościste ciało, pewnych rzeczy jednak nie trzeba było oglądać, by wiedzieć, że one tam są. Nawet teraz mówiąc patrzyła przez niego, na ludzi, na rzeszę, na tłum. Jak wiele osób zadałoby jej to pytanie? Po co? Jak wielu z bawiących się tutaj, dawało jej osmolone ręce pełne roboty tamtej nocy?
- Cóż, ja myślałam, że wyciągnęłam Cię z samego piekielnego środka publicznego linczu. Okazało się że był to jakiś inny czystokrwiste dupek, któremu zdecydowanie brakowało Twojej ikry Mulciber. Ciężko było w podziemiach tamtej nocy? Pewnie szlag Cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium? - to nie było tak, że nie widziała gałązki oliwnej, którą położył między nimi. To nie było tak, że nie chciała jej zobaczyć. Wręcz przeciwnie, choć zastanawiała się co nim kierowało, gdy proponował zawieszenie broni. Czy gałązka była wyciągnięta z wianka tej ekscentrycznej panny z którą przybył na zabawę? A może wyhodowana w ciemni onyksowych ścian? Czego chcesz Mulciber myślała sobie, w końcu odwracając do niego szczupłą, pozbawioną obecnie uśmiechu twarz. Czujną. Dziką. Kruczą.
Co jest pragnieniem Twojego zjebanego serca?
Tak móc wejść w głowę i dostrzec co wprawiłoby go w ekstazę, w radość, w niepohamowaną ekscytację. Tak wejść w głowę i uchwycić w dłonie marzenie. Co by z nim zrobiła potem? Zdeptała je? Zadbała, by nigdy nie mógłby tego osiągnąć? A może połknęła z tłumioną w sobie żarłocznością, z chaosem który rządził jej duszą i rezonował tu i teraz, pośród chaosu Spalonej Nocy. Ślub… był zbyt uporządkowany. Zbyt gładki. Zbyt obcy. Alexander Mulciber był w tym piekiełku jedną z niewielu znajomych dusz. Wkurwiających jak jasna cholera, ale znajomych.
Dawno nie była tak sumienna i sama siebie zaskakiwała - czujne oczy śledziły ruchy i gesty zebranych, czujne ucho wyłapywało strzępki rozmów i plotek, w których z pewnością o wiele lepiej orientowaliby się Jonathan czy Morfina, stara gwardia salonowych wyjadaczy, nawet jeśli papcio od lat utrzymywał, że przyjęć nie lubi. A jednak, czystokrwiste asy o wiele im łatwiej było wykonać jej zadanie.
Infiltracja.
A przecież nie mogła robić tego Geraldine w dniu jej szczęścia, choć podskórnie, w samym centrum mózgu czuła, że przyjaciółka wybornie zdaje sobie sprawę, że ich relacja wygląda zdecydowanie inaczej niż w szkole. Wciąż w głowie Moody wibrowało pytanie zadane lekko, przy piwie, przed kilkoma tygodniami: Po co ich ratowałaś? Nikt nie da Ci medalu”. Zupełnie szczere, takie od serca. Jak mogłabym nie? tak chyba brzmiała jej odpowiedź, ale brak zrozumienia w twarzy kogoś, kogo uważała za bliską sobie osobę, łamał jej serce.
A może to po prostu myśli spowodowane utrzymaniem trzeźwości w stanie nienaruszonym? Dziś na tym przyjęciu była dziewicza, jedynie zapach papierosów powoli przesłaniał wyszukane kadzidlane perfuma, które miały przykryć ten niemiły nałóg. Wykopciła na tym etapie już jedną paczkę, gdzieś na dnie magicznej kieszeni w równie magicznej sukni ciążyła kolejna. Obcasy, które dawno utonęły w błocie teraz były pantoflami z obcasami oderwanymi, jej blada twarz z każdą minutą stawała się coraz bardziej blada.
I tylko oczy pozostawałe złociste.
Osądzające.
Wściekłe.
- Chyba już ustaliliśmy, że jestem dla Ciebie Nikim. Nobody, bardzo przyjemny pseudonim artystyczny. - popiła umagicznioną lemoniadą, która przyjemnie kwasowością łaskotała jej wystający z pleców kręgosłup. Suknia miękczyła jej kościste ciało, pewnych rzeczy jednak nie trzeba było oglądać, by wiedzieć, że one tam są. Nawet teraz mówiąc patrzyła przez niego, na ludzi, na rzeszę, na tłum. Jak wiele osób zadałoby jej to pytanie? Po co? Jak wielu z bawiących się tutaj, dawało jej osmolone ręce pełne roboty tamtej nocy?
- Cóż, ja myślałam, że wyciągnęłam Cię z samego piekielnego środka publicznego linczu. Okazało się że był to jakiś inny czystokrwiste dupek, któremu zdecydowanie brakowało Twojej ikry Mulciber. Ciężko było w podziemiach tamtej nocy? Pewnie szlag Cię trafił, że wpuścili mugoli do atrium? - to nie było tak, że nie widziała gałązki oliwnej, którą położył między nimi. To nie było tak, że nie chciała jej zobaczyć. Wręcz przeciwnie, choć zastanawiała się co nim kierowało, gdy proponował zawieszenie broni. Czy gałązka była wyciągnięta z wianka tej ekscentrycznej panny z którą przybył na zabawę? A może wyhodowana w ciemni onyksowych ścian? Czego chcesz Mulciber myślała sobie, w końcu odwracając do niego szczupłą, pozbawioną obecnie uśmiechu twarz. Czujną. Dziką. Kruczą.
Co jest pragnieniem Twojego zjebanego serca?
Tak móc wejść w głowę i dostrzec co wprawiłoby go w ekstazę, w radość, w niepohamowaną ekscytację. Tak wejść w głowę i uchwycić w dłonie marzenie. Co by z nim zrobiła potem? Zdeptała je? Zadbała, by nigdy nie mógłby tego osiągnąć? A może połknęła z tłumioną w sobie żarłocznością, z chaosem który rządził jej duszą i rezonował tu i teraz, pośród chaosu Spalonej Nocy. Ślub… był zbyt uporządkowany. Zbyt gładki. Zbyt obcy. Alexander Mulciber był w tym piekiełku jedną z niewielu znajomych dusz. Wkurwiających jak jasna cholera, ale znajomych.