05.05.2026, 23:53 ✶
Przyglądała się jej w milczeniu, uważniej niż pozwalała sobie zazwyczaj. Po pierwszym szoku była w stanie zidentyfikować kobietę, która jej pomogła. Nie wspomnienie konkretnej rozmowy ani sytuacji, raczej zbiór skojarzeń. Nawet, jeśli trzymała się z boku, to ze względu na jej nietypową w tych kręgach urodę oraz sposób ubioru, i tak dostatecznie się wyróżniała. Astoria zmrużyła lekko oczy, analizując to w ciszy, niemal mechanicznie, jakby porządkowanie ludzi było czymś równie naturalnym jak porządkowanie przestrzeni w galerii. Miała pamięć do twarzy.
- Barclay, mam rację? - lubiła wiedzieć, z kim ma do czynienia, dlatego szukała potwierdzenia swojej tezy. Potem zorientowała się, że w drugą stronę sytuacja może nie być aż tak oczywista, dlatego ostatecznie wydusiła swoje imię i nazwisko. Po tak emocjonującym wydarzeniu wydawało jej się niewłaściwym, by pozostać sobie anonimowymi.
Astoria odetchnęła głębiej, tym razem spokojniej, choć ból w żebrach natychmiast się odezwał, przypominając o sobie tępo i uparcie. Nie skrzywiła się, ale przez ułamek sekundy jej oddech zatrzymał się w połowie, zanim znów ruszył dalej, bardziej świadomie prowadzony.
- Potrzebuję chwili - odpowiedziała niechętnie, przyznając się tym samym, że teleportacja była w tej chwili niemożliwa. Z drugiej strony nie zamierzała rezygnować z propozycji - bardzo chciała się stąd ulotnić, więc kiwnęła głową. - Myślę, że obie powinnyśmy się zbadać w Mungu. Możemy nadal być w szoku, a przez to nie czuć obrażeń - nie chciała tego rozwijać, przyznawać się skąd wie takie rzeczy, a tym bardziej nie chciała mówić o swojej chorobie, bo to właśnie przez nią musiała się upewnić, że wszystko w porządku. Gdy kobieta oparła się o ścianę, a kolejne sylwetki zaczęły napływać do zaułka, Astoria instynktownie przesunęła się nieco, dostosowując swoją pozycję, tak by nie znaleźć się znów w samym środku ruchu. I wtedy zorientowała się, że przez tę całą sytuację powstał dług do spłacenia. Nie była to kwestia uprzejmości ani dobrze wychowanej reakcji, którą należało odegrać w takich okolicznościach. Raczej potrzeba wyrównania rachunków, zamknięcia każdej sytuacji w jasnych ramach, w których nic nie pozostaje zawieszone, nic nie ciąży w niedopowiedzeniu. Myśl o odwdzięczeniu się była silniejsza nawet niż zmęczenie, niż ból, niż resztki chaosu, które wciąż krążyły gdzieś na obrzeżach jej świadomości. Nie znosiła być czyimś dłużnikiem.
Jej spojrzenie znów zatrzymało się na kobiecie, tym razem już z wyraźniejszą intencją. - Czy... mogę ci się jakoś odwdzięczyć? - zapytała w końcu, ochrypłym ze zmęczenia głosem.
- Barclay, mam rację? - lubiła wiedzieć, z kim ma do czynienia, dlatego szukała potwierdzenia swojej tezy. Potem zorientowała się, że w drugą stronę sytuacja może nie być aż tak oczywista, dlatego ostatecznie wydusiła swoje imię i nazwisko. Po tak emocjonującym wydarzeniu wydawało jej się niewłaściwym, by pozostać sobie anonimowymi.
Astoria odetchnęła głębiej, tym razem spokojniej, choć ból w żebrach natychmiast się odezwał, przypominając o sobie tępo i uparcie. Nie skrzywiła się, ale przez ułamek sekundy jej oddech zatrzymał się w połowie, zanim znów ruszył dalej, bardziej świadomie prowadzony.
- Potrzebuję chwili - odpowiedziała niechętnie, przyznając się tym samym, że teleportacja była w tej chwili niemożliwa. Z drugiej strony nie zamierzała rezygnować z propozycji - bardzo chciała się stąd ulotnić, więc kiwnęła głową. - Myślę, że obie powinnyśmy się zbadać w Mungu. Możemy nadal być w szoku, a przez to nie czuć obrażeń - nie chciała tego rozwijać, przyznawać się skąd wie takie rzeczy, a tym bardziej nie chciała mówić o swojej chorobie, bo to właśnie przez nią musiała się upewnić, że wszystko w porządku. Gdy kobieta oparła się o ścianę, a kolejne sylwetki zaczęły napływać do zaułka, Astoria instynktownie przesunęła się nieco, dostosowując swoją pozycję, tak by nie znaleźć się znów w samym środku ruchu. I wtedy zorientowała się, że przez tę całą sytuację powstał dług do spłacenia. Nie była to kwestia uprzejmości ani dobrze wychowanej reakcji, którą należało odegrać w takich okolicznościach. Raczej potrzeba wyrównania rachunków, zamknięcia każdej sytuacji w jasnych ramach, w których nic nie pozostaje zawieszone, nic nie ciąży w niedopowiedzeniu. Myśl o odwdzięczeniu się była silniejsza nawet niż zmęczenie, niż ból, niż resztki chaosu, które wciąż krążyły gdzieś na obrzeżach jej świadomości. Nie znosiła być czyimś dłużnikiem.
Jej spojrzenie znów zatrzymało się na kobiecie, tym razem już z wyraźniejszą intencją. - Czy... mogę ci się jakoś odwdzięczyć? - zapytała w końcu, ochrypłym ze zmęczenia głosem.
learn the rules
then break some
then break some