07.05.2026, 08:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2026, 08:36 przez Baldwin Malfoy.)
Obcemu ciężko byłoby wyjaśnić nokturnowską kulturę, dlaczego ich mały świat dzielił się na tych, którzy chadzali tu, a inni tam. Przecież - każdy bar miał swoje inne przeznaczenie! - chciałoby się rzec. I byłaby to prawda. Rejwach nadawał się na piątkowe chlanie z przyjaciółmi, a Wiwern do wyjebania i zabicia deskami.
To trochę jak z klubami sportowymi. Tłumaczył kiedyś najebany Macnair, rozlewając chrzczoną wódkę na wszystko dookoła. Jak widzisz kogoś w szaliku Zjednoczonych to masz cywilny obowiązek mu wpierdolić. To samo z tymi chrrr tfu - tu nastąpiło dramatyczne splunięcie na podłogę - pedałami wiwerninczykami.
Trwała w końcu wojna. Ale nie jakaś tam daleka wojna między państwem, a randomowymi czarnoksięskimi lordami, nie, nie. Na Nokturnie wojna przyjmowała zupełnie inny wymiar. Była to wojna podjazdowa, gdzie każdy musiał w końcu wybrać stronę.
Baldwin Malfoy wybrał Rejwach tylko i wyłącznie dlatego, że stary Tarpaulin miał zdecydowanie lepszą oprawę muzyczną niż właściciel Wiwerna. No i Lorraine go lubiła. Poza tym nazywał się Woody jak poranny… a nieważne. Sentyment był i już.
Co do muzyki zaś.
Rzekł kiedyś jakiś tam pisarz (Baldwin nie kwapił się co by sprawdzić autora, ale pamiętał, że fragment ten znalazł się w takiej zielonej, podniszczonej książeczce na 205 stronie, w dodatku książka była w jakimś szeleszczącym słowiańskim języku pełnym “ą” i “ę” i “ń” i różnych “u” więc znał ją tylko z tłumaczenia i słuchu) w swojej wielkiej epopei, że “cymbalistów było wielu. Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu.”
Nie miał pojęcia kim był cymbalista per se, ale ten Zenek Zza Zagramanicy to był prawie takim ichnim rejwachowym Jankielem. W dodatku dziś miał na sobie n a p r a w d ę dojebaną koszulę.
Jeśli pośród zajętej rozmowami i alkoholem publiczności Zenon miałby wskazać jednego fana, z pewnością byłyby to rozwalony na krześle panicz Malfoy osuszający butelkę cherry w towarzystwie bezimiennej blond panny w zdecydowanie przykrótkiej szatce (może biedactwo współdzieliło garderobę z młodszą siostrą?). Na widok muzyka gwizdnął przeciągle i klasnął parę razy. Tak na zachętę!
Czy spodziewał się tej symfonii? Nie. Może dlatego przez chwilę siedział nieruchomo, ze wzrokiem utkwionym w magicznym instrumencie Zenka.
Muzyka smakowała popiołem.
A popiół przywodził na myśl wspomnienia, których pewnie wszyscy chcieli się pozbyć.
Jakie miało znaczenie, że minął ledwie tydzień od pożarów, które pochłonęły ich domy, majątki i życia? Żadne. Może przejmowali się nimi ci bogaci chuje, zadzierający nosa i gnijący w Ministerstwie. Może im paliły się stołeczki pod dupami, gdy w ogniu usłyszeli bunt proletariatu, a śmierciożercy spopielili ich wielkie posiadłości. Niewiele było w nim empatii, bo nikt nigdy za empatię dobrze nie zapłacił. Zresztą, jemu osobiście Spalona Noc wyszła na zdrowie. Interesy w Eurydyce kwitły, bo wielu podłapało, że ogień nie zszedł na Podziemne Ścieżki, więc spędzali tam czas pijąc jego wódkę i paląc opium Changów. W dodatku niemal za darmo dostał do łapy pretekst co by zamieszkać z Lorraine w Necronomiconie, a typa, który go wtedy napastował pewnie już dawno zeżarły szczury w Katakumbach. Życie toczyło się dalej, a grajek wciąż grał.
W końcu muzyka ucichła, pozostawiając w sobie posmak głębokiej melancholii. Zajebiście niepasującej do wtorkowej nocy jakby kto go pytał.
- Yo! Zenek! Znasz Ev'ry Nigh ? - Zawołał unosząc swoją szklanicę z cherry w geście toastu. Blondwłose dziewczę zaśmiało się, ewidentnie nie kontaktując za bardzo z rzeczywistością. Malfoy nie zwrócił jednak na nią żadnej uwagi. Najwyraźniej mu się już znudziła.
To trochę jak z klubami sportowymi. Tłumaczył kiedyś najebany Macnair, rozlewając chrzczoną wódkę na wszystko dookoła. Jak widzisz kogoś w szaliku Zjednoczonych to masz cywilny obowiązek mu wpierdolić. To samo z tymi chrrr tfu - tu nastąpiło dramatyczne splunięcie na podłogę - pedałami wiwerninczykami.
Trwała w końcu wojna. Ale nie jakaś tam daleka wojna między państwem, a randomowymi czarnoksięskimi lordami, nie, nie. Na Nokturnie wojna przyjmowała zupełnie inny wymiar. Była to wojna podjazdowa, gdzie każdy musiał w końcu wybrać stronę.
Baldwin Malfoy wybrał Rejwach tylko i wyłącznie dlatego, że stary Tarpaulin miał zdecydowanie lepszą oprawę muzyczną niż właściciel Wiwerna. No i Lorraine go lubiła. Poza tym nazywał się Woody jak poranny… a nieważne. Sentyment był i już.
Co do muzyki zaś.
Rzekł kiedyś jakiś tam pisarz (Baldwin nie kwapił się co by sprawdzić autora, ale pamiętał, że fragment ten znalazł się w takiej zielonej, podniszczonej książeczce na 205 stronie, w dodatku książka była w jakimś szeleszczącym słowiańskim języku pełnym “ą” i “ę” i “ń” i różnych “u” więc znał ją tylko z tłumaczenia i słuchu) w swojej wielkiej epopei, że “cymbalistów było wielu. Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu.”
Nie miał pojęcia kim był cymbalista per se, ale ten Zenek Zza Zagramanicy to był prawie takim ichnim rejwachowym Jankielem. W dodatku dziś miał na sobie n a p r a w d ę dojebaną koszulę.
Jeśli pośród zajętej rozmowami i alkoholem publiczności Zenon miałby wskazać jednego fana, z pewnością byłyby to rozwalony na krześle panicz Malfoy osuszający butelkę cherry w towarzystwie bezimiennej blond panny w zdecydowanie przykrótkiej szatce (może biedactwo współdzieliło garderobę z młodszą siostrą?). Na widok muzyka gwizdnął przeciągle i klasnął parę razy. Tak na zachętę!
Czy spodziewał się tej symfonii? Nie. Może dlatego przez chwilę siedział nieruchomo, ze wzrokiem utkwionym w magicznym instrumencie Zenka.
Muzyka smakowała popiołem.
A popiół przywodził na myśl wspomnienia, których pewnie wszyscy chcieli się pozbyć.
Jakie miało znaczenie, że minął ledwie tydzień od pożarów, które pochłonęły ich domy, majątki i życia? Żadne. Może przejmowali się nimi ci bogaci chuje, zadzierający nosa i gnijący w Ministerstwie. Może im paliły się stołeczki pod dupami, gdy w ogniu usłyszeli bunt proletariatu, a śmierciożercy spopielili ich wielkie posiadłości. Niewiele było w nim empatii, bo nikt nigdy za empatię dobrze nie zapłacił. Zresztą, jemu osobiście Spalona Noc wyszła na zdrowie. Interesy w Eurydyce kwitły, bo wielu podłapało, że ogień nie zszedł na Podziemne Ścieżki, więc spędzali tam czas pijąc jego wódkę i paląc opium Changów. W dodatku niemal za darmo dostał do łapy pretekst co by zamieszkać z Lorraine w Necronomiconie, a typa, który go wtedy napastował pewnie już dawno zeżarły szczury w Katakumbach. Życie toczyło się dalej, a grajek wciąż grał.
W końcu muzyka ucichła, pozostawiając w sobie posmak głębokiej melancholii. Zajebiście niepasującej do wtorkowej nocy jakby kto go pytał.
- Yo! Zenek! Znasz Ev'ry Nigh ? - Zawołał unosząc swoją szklanicę z cherry w geście toastu. Blondwłose dziewczę zaśmiało się, ewidentnie nie kontaktując za bardzo z rzeczywistością. Malfoy nie zwrócił jednak na nią żadnej uwagi. Najwyraźniej mu się już znudziła.