07.05.2026, 09:31 ✶
Rozalinda była szczurem o bardzo małym rozumku, ale to wcale nie przeszkadzało jej wieść dobrego, szczurzego życia. Nosiła różowe kokardki na ogonie, karmiono ją i mięskiem i serowymi herbatnikami, a spała albo na wygodnej poduszce albo w kieszeni szaty swojego Pana. Uważała się więc za szczurzą arystokrację albo i władczynię tutejszych kanałów. W końcu to ona z Panem tak często po nich wędrowała - i to na powierzchni i pod nią.
Czasem jednak wybierała się na wycieczki zupełnie sama, zostawiając Pana gdzieś tam daleko za sobą. Biegała po ulicach Londynu, węsząc co tam nowego w wielkim świecie się dzieje. Zaczęło trochę padać. Oburzające! Deszcz lał się na jej śliczne, dopiero co wyszczotkowane futerko.
Nie spodobało się to biednej szczurzycy, która natychmiast postanowiła znaleźć Pana. Z reguły nie było to trudne, bo choć wyglądał jak rozmazana matowo-żółta plama, to zawsze pachniał tym samym - ostrym zapachem farby, ale takiej taniej. No i często czarną magią, ale nigdy po kąpieli. Po kąpieli ostatnio pachniał truskawkowo-waniliowym eliksirem do włosów Pani.
Zaciągnęła się, wznosząc szczurzy nosek ku niebu. Bingo. Zapach farby jak kompas przywiódł ją do Pana. Przynajmniej tak sądziła, wdrapując się po nogawce jego spodni. Gdyby mogła czuć się urażoną, zapewne by była, bo Pan nie nadstawił ręki, co by ją wziąć i posadzić sobie na ramieniu. Musiała się wspinać całkiem sama, co nie było proste. W końcu była szczurem bardzo puchatym (spasłym), nieprzywykłym do takiego wysiłku (leniwym). Pisnęła, poszczękując ząbkami, jak zawsze gdy potrzebowała atencji. Ale się uparł!
W końcu zdołała wdrapać się na jego ramię, odrobinę tylko naddzierając pazurkami niebieską szatę Pana. Dziwne, nie miał takiej szaty. Machnęła ogonem uderzając miarowo różową kokardą o jego ramię.
A potem się odezwał i… oho, to jednak nie był Pan. Rozalinda zadarła głowę, zaczynając nagle węszyć znacznie uważniej.
- Zejdz ze mnie.
Pisnęła jakby w odpowiedzi, oburzona, że wcale nie był Panem tylko jakimś bezczelnym nieznajomym, który pachniał podobnie i najwyraźniej porywał bogom ducha winne szczury, pewnie żeby je przerobić na paszteciki! Już nawet otwierała pyszczek, żeby go upierdolić (gdyby za blisko zbliżył palec), ale usłyszała nagle znajome gwizdnięcie.
Baldwin pojawił się przy nich chwilę wcześniej, na tyle cicho by w pierwszym momencie pozostać niezauważonym przez walczącego z Rozalindą Reginalda. Gdy ta jednak ewidentnie postanowiła zejść na ścieżkę zbrodni i pożarcia czarodzieja, postanowił jednak kuzyna uratować.
Wyciągnął bez słowa rękę, a uradowana szczurzyca przeskoczyła na nią, lądując ciężko i rozlewając się niczym zabawka na dłoni Pana. Znajomy zapach farby i truskawki koił zmysły gryzonia, który leniwie machał ogonem.
- Ciężki dzień, Reni?- Zapytał jakby od niechcenia, wpuszczając Rozalindę do kieszeni własnego, czarnego płaszcza. Dopalał właśnie papierosa, którym skinął w stronę poplamionych spodni i butów Malfoy’a. Wszystko to wyglądało jakby się na niego zasadził wyjątkowo dorodny gołąb. Szczęście w nieszczęściu, że capiło to farbą nie jak ptasia biegunka.
Czasem jednak wybierała się na wycieczki zupełnie sama, zostawiając Pana gdzieś tam daleko za sobą. Biegała po ulicach Londynu, węsząc co tam nowego w wielkim świecie się dzieje. Zaczęło trochę padać. Oburzające! Deszcz lał się na jej śliczne, dopiero co wyszczotkowane futerko.
Nie spodobało się to biednej szczurzycy, która natychmiast postanowiła znaleźć Pana. Z reguły nie było to trudne, bo choć wyglądał jak rozmazana matowo-żółta plama, to zawsze pachniał tym samym - ostrym zapachem farby, ale takiej taniej. No i często czarną magią, ale nigdy po kąpieli. Po kąpieli ostatnio pachniał truskawkowo-waniliowym eliksirem do włosów Pani.
Zaciągnęła się, wznosząc szczurzy nosek ku niebu. Bingo. Zapach farby jak kompas przywiódł ją do Pana. Przynajmniej tak sądziła, wdrapując się po nogawce jego spodni. Gdyby mogła czuć się urażoną, zapewne by była, bo Pan nie nadstawił ręki, co by ją wziąć i posadzić sobie na ramieniu. Musiała się wspinać całkiem sama, co nie było proste. W końcu była szczurem bardzo puchatym (spasłym), nieprzywykłym do takiego wysiłku (leniwym). Pisnęła, poszczękując ząbkami, jak zawsze gdy potrzebowała atencji. Ale się uparł!
W końcu zdołała wdrapać się na jego ramię, odrobinę tylko naddzierając pazurkami niebieską szatę Pana. Dziwne, nie miał takiej szaty. Machnęła ogonem uderzając miarowo różową kokardą o jego ramię.
A potem się odezwał i… oho, to jednak nie był Pan. Rozalinda zadarła głowę, zaczynając nagle węszyć znacznie uważniej.
- Zejdz ze mnie.
Pisnęła jakby w odpowiedzi, oburzona, że wcale nie był Panem tylko jakimś bezczelnym nieznajomym, który pachniał podobnie i najwyraźniej porywał bogom ducha winne szczury, pewnie żeby je przerobić na paszteciki! Już nawet otwierała pyszczek, żeby go upierdolić (gdyby za blisko zbliżył palec), ale usłyszała nagle znajome gwizdnięcie.
Baldwin pojawił się przy nich chwilę wcześniej, na tyle cicho by w pierwszym momencie pozostać niezauważonym przez walczącego z Rozalindą Reginalda. Gdy ta jednak ewidentnie postanowiła zejść na ścieżkę zbrodni i pożarcia czarodzieja, postanowił jednak kuzyna uratować.
Wyciągnął bez słowa rękę, a uradowana szczurzyca przeskoczyła na nią, lądując ciężko i rozlewając się niczym zabawka na dłoni Pana. Znajomy zapach farby i truskawki koił zmysły gryzonia, który leniwie machał ogonem.
- Ciężki dzień, Reni?- Zapytał jakby od niechcenia, wpuszczając Rozalindę do kieszeni własnego, czarnego płaszcza. Dopalał właśnie papierosa, którym skinął w stronę poplamionych spodni i butów Malfoy’a. Wszystko to wyglądało jakby się na niego zasadził wyjątkowo dorodny gołąb. Szczęście w nieszczęściu, że capiło to farbą nie jak ptasia biegunka.