• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu Podziemne Ścieżki v
1 2 Dalej »
[04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców

[04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#4
07.05.2026, 20:19  ✶  
Patrzył na zniszczony egzemplarz Biblii, bez żadnego większego sentymentu.
Podobnież zresztą przyglądał się fikuśnej popielniczce, która niegdyś musiała być klejnotem koronnym skarbca zubożałego szlachcica. Tanie badziewie z odłażącą emalią. Przez moment zastanawiał się czy gdyby ją oderwał… Nie, nie czy. Zastanawiał się jak wielu rzuciłoby mu się do stóp, gdyby oderwał cienką warstewkę złota i rzucił ją na podłogę. Czy pierwsi dorwaliby ją żebracy czy Rozalinda, która pomyliła ją z krakersem?
Jaka była różnica między nimi, a nim? Czyż nie popełnił grzechu karanego tu śmiercią, gdy spalił utwór Orfeusza? Popełnił. Każdy to wiedział. A jednak Baldwin nie padł przed Poetą na kolana. Nie musiał. Wiedział, że nie musi.
Nie wyraził skruchy, nie posypał głowy popiołem, tylko zasiadł po prawicy swego ojca jak synowi przystało. W zgodzie z tradycją, w jakiej go wychowano. Miejsce to mu się należało prawem krwi i podziemia, które nie zadawało zbyt wiele pytań. Miał przywileje, a te wynikały tylko i wyłącznie z kaprysu człowieka bliższego Bogom. Zachcianką, która zrodziła się z myśli, że marcusowy syn może być coś wart.

Baldwin nie zareagował na dmuchnięty wprost w nos dym. Ojciec znów kopcił te najtańsze szlugi. Zmasakrowana popielniczka wydała mu się naraz jeszcze zabawniejszą. Oto jak upadają i wznoszą się imperia. Przemknęło mu przez myśl.
Nie odzywał się, gdy Armand mówił. Słuchał go niemal równie łapczywie co bogowie pożerali serca. Słuchał go tak jak tylko potrafi słuchać dziecko wychowane w absolutnym milczeniu.
Cisza w Oxfordshire była czymś więcej niż po prostu lekiem na migreny pani domu czy fanaberią pana, któremu nie należało przeszkadzać w pracy. Była prawem ustanowionym na lata przed sprowadzeniem w progi Visenyi Rosier, na długo przed narodzeniem się dziedziców. Była Boginią samą w sobie. Marcus wierzył, że skoro Bogowie milczą, gdy wznosi ku nim modły, to mogło znaczyć tylko to, że w nabożnym milczeniu należało ich szukać.
Więc wychował swoje dzieci pośród ciszy, w której głos ojca wybrzmiewał po stokroć głośniej, gdy ów wygłaszał kazania ze szczytu stołu.
Tylko on był godzien zwracać się do Dziewicy, Matki i Staruchy słowami prastarych wersetów.
Tylko jedno zaklęcie wymawiał na głos. Cruciatus nigdy nie spadał jednak jak grom z jasnego nieba, bo Marcus nie był człowiekiem z natury gwałtownym. Podobny był w swoim wyrachowaniu i precyzji do starszego brata. Karał swoje dzieci tak jak czynił to ogrodnik doglądający krzewów winnych - bez gniewu czy uniesienia; dla ich dobra i wzrostu.
Czasem Baldwin modlił się w milczeniu, by ojciec zaczął krzyczeć. Nigdy tego nie zrobił. Więc nauczył się rozpoznawać ruch ojcowskiej dłoni kierowanej po różdżkę, którą zawsze nosił ukrytą w lasce; stuknięcie sygnetu o rzeźbioną rączkę; milczenie jakie zapadało na sekundę przed bólem. Inkantację klątwy.
Bogini mieszkała w milczeniu. Mieszkała w drżeniu mięśni i zaciśniętej szczęce, bo krzyk nigdy nie był dozwolony; w powstrzymywanym szlochu Calanthe, która wbijała paznokcie w skórę dłoni tak długo, że krew spadała na jasne dywany gęstymi kroplami.
Może właśnie dlatego posłusznie słuchał Armanda, karmiąc się jego Głosem. Jego słowa rozbrzmiewały pośród podziemnego syfu, tanich kobiet i podrzędnego alkoholu w brudnych szklankach, czyniąc je bliższym Bogini niż pan ojciec był kiedykolwiek w swoim zdecydowanie zbyt długim życiu. Bliższym niż był jej ze swymi obrazami.

A jednak nawet tutaj, w jego własnej Eurydyce, obecność Marcusa ciążyła na rodzonym synu jak wyrok. Z powrotem utkwił wzrok w Biblii. Mugolski Bóg objawiał się pod postacią chleba i wina. W jednej chwili poczuł potrzebę pozbycia się tej cholernej książki. Powstrzymał się, gdy Armand przeniósł misę.
- Nie wystarcza im nigdy, żebyś wyrwał sobie serce z piersi. … Złożył w ofierze jedynego syna, nieważne jak hołubionego, poderżnął mu gardło ….  rozerżnął na ołtarzu córkę,.. Żebyś niemo patrzył jak umiera kobieta, którą kochałeś, …. gdy zostaniesz sam, zaczną kąsać i twoje ciało...
Głos Orfeusza ślizgał się gdzieś na granicy świadomości młodego Malfoy’a. Sklejał zbolałe myśli słodkim miodem. Niósł ukojenie i błogi stan bezwładności.

Czasami zastanawiał się czy Armand nienawidzi Bogów.
Potem uświadamiał sobie, że jest im tak podobny, że byłoby to całkiem prawdopodobne. Baldwin nie widział w płomieniach nieszczęsnej, udręczonej i skrępowanej wisielczym powrozem wili w ogniu, bo wili tej nie szukał. Dała mu jego umiłowaną siostrę stryjeczną, dała my Lorraine. Dopełniła swojego zadania, którego arcykobieca natura od niej wymagała.
Była zbyt słaba, żeby stać się częścią rodu. A może Armand zbyt zaślepiony miłością, by ją aż tak zniewolić?
Dokładnie tak jak niewolił teraz syna, zmuszając go do patrzenia w zaklęty ogień. Nie znał na to odpowiedzi i miał na tyle zdrowego rozsądku, by Ojca o to nie pytać. Wytrzymywał ciężar zaklęcia i spojrzenia, choć nigdy nie trzeba go było przecież do niczego przymuszać.
Rozumiał Milczenie równie dobrze co Głos.
Przygarnięty poczuł jak jego oddech naturalnie zwalnia, by dostosować się do oddechu ojca. Pierścień wpijał się w skórę przypominając o domu. O rodzinie. O Lorraine. Nie miało znaczenia czy Armand kłamie czy nie. To nigdy nie miało znaczenia. Wystarczyło, żeby pogłaskał go po głowie jak smarkacza, który rozbił kolano przy pierwszym upadku, z dziecięcej miotełki, żeby Baldwin uniósł kącik ust.

- Nie dbam co przeważy szalę. - Zniżył głos niemal do nabożnego szeptu. Ale nie było w nim pokory, bo w bluźnierstwie swoim Baldwin zawsze podobny był wygnanym w katakumby kapłanom.- Nie dbam o psychostasis i boskie fanaberie.- Mówił prawdę. Nie miał powodu by kłamać swojego własnego ojca.

- Pokaż mi swoje serce.
Nie buntował się. Nie oponował. Nie sprzeciwił się. Nawet nie zapytał “po co”.
Spełnienie ojcowskiego żądania przyszło mu łatwiej niż wzięcie kolejnego oddechu.
Uniósł różdżkę, wspierając jej czubek o swoją skroń. Wystarczyło jedno zaklęcie, wypowiedziane z niemal nabożną czcią. Jedna inkantacja, by magia zacisnęła się boleśnie na umyśle czarodzieja, tak jak szczur wpija swoje pazury w podtrzymujące je czule dłonie.
Srebrzysta nić wspomnienia zamigotała pośród jasnych włosów, cenniejsza nad wszystko co ich otaczało. Snuła się, rozwijała i zwijała, napinała pod wpływem zaklęcia, jak gdyby umysł niechętnie oddawał co jego.
Pamięć była okrutną kochanką.
A pamięć absolutna przypominała w swej miłości rozszalałą Menadę.
Wpełzała pod skórę chłodem znajomych, wilgotnych katakumb, zostawiała na języku posmak najczystszej z krwi, wciskała się pod powieki niby pył z opuszczonych przez Boginię i ludzi kaplic. Nie dało się przed nią uciec. Nie w szklankę z whisky; nie w ramiona pierwszych lepszych dziwek; nie w sztukę; nigdy w sen. Dawno przestał już próbować.

Dla ojca synowska pamięć była powodem do zadowolenia. Nigdy dumy, bo Marcus Malfoy nie potrafił czuć dumy wobec swoich dzieci, które zawsze mogły być lepsze - bardziej użyteczne, bardziej oddane wierze, bardziej świadome zasad, które w nich zapieczętowano. Była podarkiem od Pani Księżyca, który należało przyjąć w ciszy i pokorze.

Dla matki była czymś naturalnym - w końcu dzieci Malfoy’ów nie miały prawa być przeciętnymi nawet w swoim cierpieniu; narzędziem, które można było odpowiednio naostrzyć i skierować wobec wrogów rodziny.

Nawet Armand pielęgnował przekleństwo pamięci, pozwalając martwej oblubienicy kierować swoją dłonią, gdy przelewał kolejne słowa poezji na zbutwiały papier.

Nie rozumieli, że istnieje różnica między pamięcią, a niemożnością zapomnienia. Czułym było bowiem wspominanie rzeczy; Baldwin przeżywał je raz za razem, z tą samą intensywnością, z tym samym bólem rozrywającym trzewia i swądem spalonej skóry, na której wypalano kolejne szczegóły.
Pamiętał układ żył na dłoniach Visenyi, gdy dotykała dziś sukni Lorraine. Patrzył na matkę z tym samym obrzydzeniem co ona zapewne czuła wobec ściery wyciągniętej z rynsztoka. Znał dokładny odcień czerwieni jej ust. Nienawidził się za to, że wie, że dzisiaj wyjechała szminką poza kontur górnej wargi. Coś co umykało innym, dla niego stawało się katorgą. Jej niefrasobliwe drgnięcie dłoni przy porannej toalecie sprawiało mu fizyczny ból, przypominało swędzenie pod skórą, niosło pokusę złapania jej za kudły i starcia karminu pożółkną koronką.
Pachniała pieprzem i wanilią. Jego dzieciństwem, dojrzewaniem i ciągłym upokorzeniem w imię rodu. Och to ostatnie, to ostatnie pamiętał najlepiej.

Nić zadrżała nad płomieniem świecy. Nie będzie zaskoczenia w tym co pokaże Ojcu. Ni dla niego, ni dla świata, który Armand Malfoy traktował jak przedłużenie własnej woli, posłusznego obłąkanym wersetom, które nie wymagały uzasadnienia, bo wypowiedziane przez Poetę stawały się prawem. Wiedział to jeszcze nim wspomnienie zaczęło formować się na czubku różdżki. Pewne rzeczy zwyczajnie w świecie się nie zmieniały. Nie dlatego, że były świętymi filarami, kamieniem węgielnym, na którym wzniesiono świątynię sztuki, a dlatego, że były zwyczajnie w świecie wygodne; powtarzane wystarczająco często, by mogły rozdzielać rzeczywistość od snów i wspomnień.

Strząsnął nić wprost w ogień. Ten przygasł na moment, niechętny trzymania ciężaru. Baldwin nie mrugał. Ale też zdawał się nie dostrzegać niczego - nawet Orfeusza. Obrazy zalewały umysł, naruszone ulubionym zaklęciem hipnotyzera; naruszył przypominającą tiul granicę między światami. Każda przeżyta chwila istniała w nim niczym zakurzone książki opuszczonego archiwum, którego nawet czas nie śmiał dotknąć. Nie było ucieczki. Nie istniała żadna droga, która pozwalała mu zrzucić przekleństwo. Nieprawda, jest jedna.- Usłyszał słodki szept siostry, która niczym duch przywoływała go do siebie. Ale jego siostra wciąż żyła. Jeszcze żyła.

Drgnął, gdy ogień w misie zareagowała wreszcie na magię. Płomień błysnął nienaturalnie zielonym odcieniem, a potem… zgasł. Nie było w tym nic spektakularnego.
Nie było bowiem w Baldwinie miłości tak żarliwej jak ta, która pokazała Armandowi obraz wili, którą ukochał. Którą utracił. Któż wiedział więcej o stracie niż Armand? Nikt. O miłości? Nikt. Żałobie? Nikt. O obsesji?
Baldwin przymknął na moment powieki.
Świeca mogła zgasnąć, ale to dym zaczął przybierać postać Calanthe. Jej smukłe, wiotkie ciało ślizgało się na pograniczu wzroku i wyobraźni. Była tak blisko. Tak blisko, że wystarczyło…
Machnął dłonią, niszcząc marę. Zmieszała się z papierosowym dymem i oparami opium, które przez spękane ściany przedostawały się do Eurydyki z królestwa Pani Chang.

Odchylił się leniwie na krześle. Wsparł lewą stopę na kolanie, rękę zarzucił za oparcie. Drugą podniósł tylko na moment co by przywołać Sabrinę z butelką czegoś mocniejszego. Zaraz potem wyciągnął z szaty pudełko fajek. Nie odpalił jednak papierosa, nie zapalił na nowo świecy. Po prostu postukiwał pudełkiem o stół, obracając je przy każdym ruchu.
- Widziałem się dzisiaj z matką.- Wyznał po chwili milczenia.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (2307), Bard Beedle (5831)




Wiadomości w tym wątku
[04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Bard Beedle - 26.02.2025, 12:50
RE: [04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Baldwin Malfoy - 08.03.2025, 20:56
RE: [04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Bard Beedle - 27.07.2025, 12:59
RE: [04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Baldwin Malfoy - 07.05.2026, 20:19
RE: [04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Bard Beedle - 27.06.2026, 20:50
RE: [04.09.1972] Kochając, zstąpił do krwi dawniejszej, gdzie gniazduje groza praojców - przez Bard Beedle - 14.10.2026, 22:58

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa