07.05.2026, 20:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.05.2026, 21:26 przez Lorraine Malfoy.)
Kobieta nie mogłaby go zrozumieć, bo żadnej nie było obok.
Uśmiech zabłąkał się na ustach Lorraine, kładąc się cieniem po twarzy wili, nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, a uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie była piękniejsza niż wtedy, kiedy przywdziewała pogardę, a za pogardliwe uznał przecież jej słowa Othello. A jednak chichot, który wydostał się właśnie z piersi Lorraine, nie był pogardliwym. Był niewinnym, podobnie jak cisnący się na twarz uśmiech. Nie umiała go powstrzymać. Zachichotała tak niewinnie, jak gdyby nie znała, co to troska. Podobna była dziecku, które nie jest w stanie stłumić nagłego wybuchu śmiechu. Być może było to okrutnym, w naturze dziecka leżało bowiem okrucieństwo, w równym stopniu egoizm, co bezinteresowność... Zwłaszcza, jeżeli było się dzieckiem Armanda Malfoya. Nigdy nie była do niego tak bardzo podobna jak wtedy, gdy się śmiała. "Zawsze to robisz, Lorraine?", pytał gniewnie Othello. "Wyciągasz czyjeś słowa i dopowiadasz sobie resztę, bajasz, gadasz, opowiadasz, oskarżasz, śmiejesz się i płaczesz, a ostatecznie nic z tego nie wynika?". Tak, chciała mu odpowiedzieć. Tak, jestem przecież córką swojego ojca. Tym było jej dziedzictwo, garścią słów rzuconych na wiatr. Jakaż była szczęśliwa, że przyszło jej stać na jego straży. Jakaż duma przepełniała ją, gdy Othello oskarżał ją o bycie kłamliwą! Znaczyło to bowiem, że nie dało się odróżnić jej kłamstw od prawdy. A jednak jedynym kłamstwem, jakie opowiadała sobie Lorraine, było to, że jej okrucieństwo jest dziedzicznym. Że jest naturalną konsekwencją tego, jak została wychowana, a wręcz przyrodzoną cechą charakteru.
W gruncie rzeczy, jej okrucieństwo zawsze było przecież decyzją.
– Ja jestem lepsza. – Było coś rozbrajającego w sposobie, w jakim to przyznała, a zrobiła to bez żadnego zastanowienia. Oczy jej błyszczały wesołością, gdy odsłoniła zęby w uśmiechu. Obojętnie przysłuchiwała się rozważaniom Othella, choć sam nazwał jej własne banałami, oskarżając ją o manipulację, kradzież słów, o budowanie fałszywego moralnego piedestału. Nie brała tego do siebie. Wiedziała, że próbuje ją zranić. Też próbowałaby zranić, gdyby ktoś zdekonstruował cały jej światopogląd. Chociaż nie, pomyślała nagle Lorraine, nie spuszczając wzroku ze stężałej twarzy Othella, nie chciałaby nikogo ranić. Wolałaby raczej zranić samą siebie.
Było jednak w tej myśli coś niebezpiecznego, więc odsunęła ją na bok.
Bardziej skupiła się na bluźnierczym wspomnieniu mugolskich bogów, które było jej obrzydliwym. Wyraz samozadowolenia malujący się na jej twarzy przybladł wówczas, jak gdyby usłyszała dysonansową nutę w ulubionej piosence. Nie mówiła o grzechu w rozumieniu mugolskiej religii. Grzechem był występek przeciwko naturze, taką, jaką ją stworzyła Matka w swej mądrości. Nie odezwała się słowem, zachowała jednak przeniewierstwo przyjaciela w pamięci. W ciszy patrzyła, jak miota się sam ze sobą, bo wbrew temu, co uważał, nie było między nimi żadnej walki. Lorraine nie walczyła z nim, tak samo jak nie walczył jednorożec. Nawet w wyścigach zawsze na przekór stawiała na przegrane konie z końca tabeli. Gdy postawiła na martwego jednorożca, nie zrobiła tego z potrzeby udowodnienia mu moralnej wyższości.
Lorraine zależało.
Nawet jeżeli nie miało to znaczenia.
Othello racjonalizował, filozofował, myślał o spuściźnie, o tym, co trzeba zrobić, aby być zapamiętanym. Aby być godnym zapamiętania. A prawda była taka, że żadna z rzeczy, o których mówił, nie miała dla Lorraine znaczenia. Nie potrafiłaby mu nawet wyjaśnić, jak żałosnym była dla niej idea kochania za coś. Nie tyle żałosnym, co wręcz sprzecznym z wyznawaną przez nią wiarą. Może dlatego tak otwarcie go wyśmiała. Nie umiałaby tego wyartykułować, bo mówienie o uczuciach zawsze było dla niej trudnym, wiedziała jednak, w którym miejscu się różnią. On potrzebował powodu, żeby dbać o jednorożca. Nie wyobrażał sobie, że można dbać tak po prostu. Nawet jeżeli nie było to rozsądnym. Nawet, jeżeli było to beznadziejnym.
Ona nigdy powodu nie potrzebowała.
Gdy Othello się ocknął, zdał więc sobie sprawę, że Lorraine siedzi na podłodze obok niego, ocierając delikatnie chusteczką zlane potem czoło. Musiała przyklęknąć obok, gdy omdlał. Oprzeć głowę Othella o swoje kolana, aby nie leżał na zimnym, twardym gruncie. Nie zdołałaby go złapać, ani podźwignąć wyżej, nie miała ku temu siły. Gładziła go więc uspokającym gestem po włosach, czekając aż się obudzi. Westchnęła, jak gdyby z ulgą, gdy otworzył wreszcie oczy. Pochyliła głowę, jak wtedy, gdy dziękowała bogini za wstawiennictwo. Niechcący połaskotała wówczas Othella swymi długimi włosami.
– Jesteś dzieckiem, kochany – powiedziała cicho, odkładając na bok jarzącą się nikłym, punktowym światłem różdżkę. – Jesteś dzieckiem lękającym się mroku, modlącym przy świetle świec. Modlisz się, aby prędzej nastał dzień, a jednak nie znosisz jego blasku. Wolisz trwać w ciemności, wiecznie rozchwiany między strachem a potrzebą... Kiedy w życiu nie ma miejsca dla bogini, cały świat wydaje się trwać w rozchwianiu. Nagle wszystko staje się albo jasnym, albo ciemnym. Dokonuje się więc regresu do czasu, gdzie moralność była łatwa. Gdy wystarczającą przestrogą zdawał się morał na końcu bajki opowiadanej na dobranoc. Zamknij znowu oczy, jakbyś był dzieckiem, a ja opowiem ci bajkę. Nie bój się... Po prostu zamknij oczy. Matka stworzyła i noc, i dzień, aby współistniały ze sobą po wsze czasy, i wiedziała, że były one dobrymi. Nie masz powodu, by bać się tego, co iluminować może światło dnia. Nic złego nie czai się w mroku nocy. W mroku mieszka odkrycie, możliwości, którym jeszcze nie nadano kształu ani nawet konturu. W mroku mieszka wolność, aby stwarzać się wciąż na nowo. Wszystko ma znaczenie, gdy patrzysz na życie jako na krąg, nie jako coś linearnego. A jednocześnie nic nie ma znaczenia, bo wszystko przecież się powtórzy. Skończy się noc, wstanie dzień. Skończy się dzień, zapadnie noc. Mówisz, że słowa nic nie znaczą, a jednak wypowiadasz ich tak wiele. Najpierw, żeś sprawczy, potem, żeś zdeterminowany... Jesteś takim samym kłamcą, jak ja, tylko gorszym. Gdybyś był prawdziwym, nie wmawiałbyś sobie, że jesteś zły. Możesz wmawiać sobie, że jesteś zły, ale jesteś po prostu wściekły. Jesteś wściekły na mnie, choć tak naprawdę wściekasz się na samego siebie... – Lorraine odgarnęła pieszczotliwie włosy z czoła Othella. – Dlaczego się wściekasz? – szepnęła. – Dlaczego się boisz? Nie bój się. Jesteśmy w tej ciemności w dwoje. – A potem zgasiła światełko na końcu różdżki.
Wokół zapadła ciemność.
Uśmiech zabłąkał się na ustach Lorraine, kładąc się cieniem po twarzy wili, nierozumiały rys okrucieństwa, który nie szpecił, a uwydatniał jej surowe piękno. Nigdy nie była piękniejsza niż wtedy, kiedy przywdziewała pogardę, a za pogardliwe uznał przecież jej słowa Othello. A jednak chichot, który wydostał się właśnie z piersi Lorraine, nie był pogardliwym. Był niewinnym, podobnie jak cisnący się na twarz uśmiech. Nie umiała go powstrzymać. Zachichotała tak niewinnie, jak gdyby nie znała, co to troska. Podobna była dziecku, które nie jest w stanie stłumić nagłego wybuchu śmiechu. Być może było to okrutnym, w naturze dziecka leżało bowiem okrucieństwo, w równym stopniu egoizm, co bezinteresowność... Zwłaszcza, jeżeli było się dzieckiem Armanda Malfoya. Nigdy nie była do niego tak bardzo podobna jak wtedy, gdy się śmiała. "Zawsze to robisz, Lorraine?", pytał gniewnie Othello. "Wyciągasz czyjeś słowa i dopowiadasz sobie resztę, bajasz, gadasz, opowiadasz, oskarżasz, śmiejesz się i płaczesz, a ostatecznie nic z tego nie wynika?". Tak, chciała mu odpowiedzieć. Tak, jestem przecież córką swojego ojca. Tym było jej dziedzictwo, garścią słów rzuconych na wiatr. Jakaż była szczęśliwa, że przyszło jej stać na jego straży. Jakaż duma przepełniała ją, gdy Othello oskarżał ją o bycie kłamliwą! Znaczyło to bowiem, że nie dało się odróżnić jej kłamstw od prawdy. A jednak jedynym kłamstwem, jakie opowiadała sobie Lorraine, było to, że jej okrucieństwo jest dziedzicznym. Że jest naturalną konsekwencją tego, jak została wychowana, a wręcz przyrodzoną cechą charakteru.
W gruncie rzeczy, jej okrucieństwo zawsze było przecież decyzją.
– Ja jestem lepsza. – Było coś rozbrajającego w sposobie, w jakim to przyznała, a zrobiła to bez żadnego zastanowienia. Oczy jej błyszczały wesołością, gdy odsłoniła zęby w uśmiechu. Obojętnie przysłuchiwała się rozważaniom Othella, choć sam nazwał jej własne banałami, oskarżając ją o manipulację, kradzież słów, o budowanie fałszywego moralnego piedestału. Nie brała tego do siebie. Wiedziała, że próbuje ją zranić. Też próbowałaby zranić, gdyby ktoś zdekonstruował cały jej światopogląd. Chociaż nie, pomyślała nagle Lorraine, nie spuszczając wzroku ze stężałej twarzy Othella, nie chciałaby nikogo ranić. Wolałaby raczej zranić samą siebie.
Było jednak w tej myśli coś niebezpiecznego, więc odsunęła ją na bok.
Bardziej skupiła się na bluźnierczym wspomnieniu mugolskich bogów, które było jej obrzydliwym. Wyraz samozadowolenia malujący się na jej twarzy przybladł wówczas, jak gdyby usłyszała dysonansową nutę w ulubionej piosence. Nie mówiła o grzechu w rozumieniu mugolskiej religii. Grzechem był występek przeciwko naturze, taką, jaką ją stworzyła Matka w swej mądrości. Nie odezwała się słowem, zachowała jednak przeniewierstwo przyjaciela w pamięci. W ciszy patrzyła, jak miota się sam ze sobą, bo wbrew temu, co uważał, nie było między nimi żadnej walki. Lorraine nie walczyła z nim, tak samo jak nie walczył jednorożec. Nawet w wyścigach zawsze na przekór stawiała na przegrane konie z końca tabeli. Gdy postawiła na martwego jednorożca, nie zrobiła tego z potrzeby udowodnienia mu moralnej wyższości.
Lorraine zależało.
Nawet jeżeli nie miało to znaczenia.
Othello racjonalizował, filozofował, myślał o spuściźnie, o tym, co trzeba zrobić, aby być zapamiętanym. Aby być godnym zapamiętania. A prawda była taka, że żadna z rzeczy, o których mówił, nie miała dla Lorraine znaczenia. Nie potrafiłaby mu nawet wyjaśnić, jak żałosnym była dla niej idea kochania za coś. Nie tyle żałosnym, co wręcz sprzecznym z wyznawaną przez nią wiarą. Może dlatego tak otwarcie go wyśmiała. Nie umiałaby tego wyartykułować, bo mówienie o uczuciach zawsze było dla niej trudnym, wiedziała jednak, w którym miejscu się różnią. On potrzebował powodu, żeby dbać o jednorożca. Nie wyobrażał sobie, że można dbać tak po prostu. Nawet jeżeli nie było to rozsądnym. Nawet, jeżeli było to beznadziejnym.
Ona nigdy powodu nie potrzebowała.
Gdy Othello się ocknął, zdał więc sobie sprawę, że Lorraine siedzi na podłodze obok niego, ocierając delikatnie chusteczką zlane potem czoło. Musiała przyklęknąć obok, gdy omdlał. Oprzeć głowę Othella o swoje kolana, aby nie leżał na zimnym, twardym gruncie. Nie zdołałaby go złapać, ani podźwignąć wyżej, nie miała ku temu siły. Gładziła go więc uspokającym gestem po włosach, czekając aż się obudzi. Westchnęła, jak gdyby z ulgą, gdy otworzył wreszcie oczy. Pochyliła głowę, jak wtedy, gdy dziękowała bogini za wstawiennictwo. Niechcący połaskotała wówczas Othella swymi długimi włosami.
– Jesteś dzieckiem, kochany – powiedziała cicho, odkładając na bok jarzącą się nikłym, punktowym światłem różdżkę. – Jesteś dzieckiem lękającym się mroku, modlącym przy świetle świec. Modlisz się, aby prędzej nastał dzień, a jednak nie znosisz jego blasku. Wolisz trwać w ciemności, wiecznie rozchwiany między strachem a potrzebą... Kiedy w życiu nie ma miejsca dla bogini, cały świat wydaje się trwać w rozchwianiu. Nagle wszystko staje się albo jasnym, albo ciemnym. Dokonuje się więc regresu do czasu, gdzie moralność była łatwa. Gdy wystarczającą przestrogą zdawał się morał na końcu bajki opowiadanej na dobranoc. Zamknij znowu oczy, jakbyś był dzieckiem, a ja opowiem ci bajkę. Nie bój się... Po prostu zamknij oczy. Matka stworzyła i noc, i dzień, aby współistniały ze sobą po wsze czasy, i wiedziała, że były one dobrymi. Nie masz powodu, by bać się tego, co iluminować może światło dnia. Nic złego nie czai się w mroku nocy. W mroku mieszka odkrycie, możliwości, którym jeszcze nie nadano kształu ani nawet konturu. W mroku mieszka wolność, aby stwarzać się wciąż na nowo. Wszystko ma znaczenie, gdy patrzysz na życie jako na krąg, nie jako coś linearnego. A jednocześnie nic nie ma znaczenia, bo wszystko przecież się powtórzy. Skończy się noc, wstanie dzień. Skończy się dzień, zapadnie noc. Mówisz, że słowa nic nie znaczą, a jednak wypowiadasz ich tak wiele. Najpierw, żeś sprawczy, potem, żeś zdeterminowany... Jesteś takim samym kłamcą, jak ja, tylko gorszym. Gdybyś był prawdziwym, nie wmawiałbyś sobie, że jesteś zły. Możesz wmawiać sobie, że jesteś zły, ale jesteś po prostu wściekły. Jesteś wściekły na mnie, choć tak naprawdę wściekasz się na samego siebie... – Lorraine odgarnęła pieszczotliwie włosy z czoła Othella. – Dlaczego się wściekasz? – szepnęła. – Dlaczego się boisz? Nie bój się. Jesteśmy w tej ciemności w dwoje. – A potem zgasiła światełko na końcu różdżki.
Wokół zapadła ciemność.