Jej ręcęzacisnęły się wokół niego, a on poczuł, jak coś w nim ostatecznie pęka. Nie tak całkiem nagle, jak szkło rozbite o posadzkę. Powoli, boleśnie, jak drewno nasikąkające wodą przez całe, długie lata, aż w końcu przestaje wytrzymywać własny ciężar. Cały drżał. Drobno, niekontrolowanie, od barków aż po palce dłoni, które bezwiednie zacisnęły się na materiale jej szaty, jakby ciało próbowało chwycić się czegokolwiek, zanim całkiem zapadnie się pod powierzchnię własnych emocji. Łzy spływały mu po twarzy bezgłośnie, jedna za drugą, gorące i upokarzające. Nie pamiętał nawet, kiedy zaczął płakać. Może wtedy, gdy powiedziała, że nigdy nie był dobry ani zły. Może dużo wcześniej. Jeszcze tamtej nocy, kiedy umierał pod światłem zaklęcia. A może płakał od lat, tylko dotąd robił to gdzieś głęboko w sobie, w miejscu, którego nikt nie widział. Bał się jej bliskości bardziej niż różdżki. To właśnie było w tym wszystkim najbarzdziej chore. Nie krzyk, nie przemoc, nie nawet śmierć, tylko ta czułość, która przychodziła po wszystkim, miękka i chłodna jak dłoń przykładana do gorączki.
Wiedział jak smakuje jak uznanie. Nie było ciepłe ani szczególnie czułe, ale potrafił je rozpoznać. Widział je w spojrzeniu ojca, kiedy prowadził dłuto pewnie i bez pomyłek, kiedy drewno nie pękało pod jego rękami, a runy układały się dokładnie tam, gdzie powinny. W krótkim skinieniu głowy Mykewa, w tym niemal niezauważalnym rozluźnieniu surowych rysów, kiedy syn okazywał się użyteczny, potrzebny. Wtedy czuł, że istnieje właściwie. Że jego obecność ma sens, dopóki potrafi spełniać oczekiwania, pomagać w warsztacie, pochylać się nad pracą z odpowiednią cierpliwością i posłuszeństwem. To było najbliżej dumy, jaką kiedykolwiek otrzymał. Bo czy był wart kochania wtedy, kiedy niczego nie tworzył? Kiedy nie pracował, nie słuchał, nie spełniał czyjejś woli? Kiedy po prostu był. Cichy, dziwny, zbyt wrażliwy, zbyt słaby, zbyt pełen pytań? Czy istniała w nim jakakolwiek wartość poza tym, co potrafił oddać innym ze swoich dłoni, swojego czasu, swojego życia?
Nigdy nie wiedział, czy to naprawdę ona go obejmuje, czy może coś w niej jedynie nauczyło się udawać troskę. Czy to decyzja Larisy, czy kaprys tego szatańskiego głosu, który wił się wokół jej myśli jak dym wokół płomienia. Nie potrafił już odróżnić jednego od drugiego. Może nigdy nie potrafił. I właśnie dlatego był przerażony. A co jeśli to był podstęp, jeśli ta łagodność miała tylko zmiękczyć go przed kolejnym ciosem? Bez znaczenia. I tak nie umiałby się bronić. Nigdy nie potrafił. Jedyne na co raz potrafił się zdobyć to ucieczka, za którą i tak zapłacił życiem i miłością. Każda próba fizyczna oporu rozsypywała się w nim szybciej niż zdążyła się pojawić. Larisa mogłaby wsunąć mu dłoń między żebra i wyrwać resztki tego, co jeszcze przypominało serce, a on prawdopodobnie i tak szukałby w jej oczach śladu aprobaty. To było żałosne. Wiedział o tym. I mimo to lgnął do niej jak wychłodzone zwierzę do ognia. Bo jej bliskość była jedyną rzeczą, która jeszcze przypominała mu życie. Jedynym pokarmem, jakiego potrzebowało jego ciało. Duszy już dawno nie było, a jeśli cokolwiek z niej przetrwało, to tylko strzępy, cienkie nitki pamięci po chłopaku, który kiedyś wierzył, że można być kochanym bez warunków. Ale nawet teraz, po śmierci, po bólu, po wszystkim co mu odebrała, pragnął jej akceptacji z rozpaczliwą intensywnością kogoś, kto nigdy nie dostał jej naprawdę.
Próbował coś powiedzieć. Naprawdę próbował. Czuł słowa zbierające się pod gardłem, gorzkie od żalu i strachu, ale żadne nie potrafiło wydostać się na zewnątrz. Zamiast nich wyrwało się tylko ciche, urywane łkanie, wstydliwe i dziecinne. I właśnie wtedy nienawidził siebie najbardziej. Cokolwiek by się nie stało dalej tego dnia, był już tylko naczyniem. Bez woli, bez nazwy i bez własnych słów.