• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere

[30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere
Dancing queen
The sun became mellow
the moon started to burn
Why is the sky melting away?
wiek
31
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
wróżbitka, wytwórca świec, wina i kadzidełek
Jahnavi ma nieco ponad 170 cm wzrostu. Swoją ciemniejszą karnację odziedziczyła po obojgu rodziców - widać po niej, że pochodzi spoza Wysp Brytyjskich. Włosy ma długie, ciemnobrązowe; oczy z kolei bardzo jasne, w zielonkawo-niebieskim odcieniu. Podobne trochę do wody w płytkim stawie, której dopiero co pojawił się zakwit. Jej ubrania są stare i podniszczone, ale zawsze czyste - ubiera się głównie w proste indyjskie sari. Nigdy nie zakłada butów na obcasie, ba, w cieplejsze dni można ją spotkać spacerującą w ogóle bez obuwia. Na rękach i stopach nosi wiele, metalowych, pozbawionych większej wartości bransoletek.

Jahnavi Pandit
#2
10.05.2026, 20:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.05.2026, 21:01 przez Jahnavi Pandit.)  
Dom Alexandra miał bardzo dumną nazwę.
Mulciber Manor.
Powiedział jej o tym cicho, zupełnie jakby wstydził się, że w jego świecie nawet posiadłość ma swoje imię.
Nie weszli do środka. A przynajmniej ona nie weszła. Chyba tego nie chciał. Nie naciskała. Dlatego została na zewnątrz, przyglądając się wszystkiemu z zaciekawieniem. Wiekowa rezydencja straszyła spalonym szkieletem wschodniego skrzydła; ciemne, osmolone ściany odcinały się od wrześniowego nieba niczym blizna pozostawiona po czymś gwałtownym i bardzo dawnym. Jątrząca się, zainfekowana rana na historii rodziny, której nie znała. Nawet stąd widziała wybite okna i martwą pustkę kryjącą się za nimi.
Reszta domu zdawała się być w lepszym stanie. Kamienne mury porastał bluszcz, ciężki od ostatnich deszczy. Ogród był mocno zaniedbany, utracił swój pierwotny kształt - zdziczałe krzewy róż rozrastały się bez ładu, podobnież byliny, które korzeniami dusiły cokolwiek innego chciało tu urosnąć.
Dom Alexandra nie przypominał żadnej z tych wielkich posiadłości, które bogate rodziny budowały na obrzeżach Little Hangleton. Tamte były piękne w swój własny sposób. Z reguły bardzo jasne, zadbane, pracowało tam bardzo wielu ludzi, którzy dbali o to jak się prezentowały. Bo czasem to było dla ich gospodarzy najważniejsze. Nie pytała dlaczego wolą mieć pięknie wypielęgnowane trawniki miast bujnych krzewów i zielników. Ziemia była w ich miasteczku dobra. Ale musiało im nie zależeć na uprawie. Pewnie nie musieli tego robić.
Ten dom tutaj sprawiał, że myślała o takich książkach, które czasem pożyczały jej młode sąsiadki. Historie o zamkniętych w nich niczym w klatkach hrabinach o nienagannych manierach i pięknych sukniach; o intrygach i politycznych gierkach, które czytała z przestrachem, ale nie potrafiła oderwać wzroku; o takich opowieściach, gdzie nie musiano mówić sobie zbyt wiele, by wyrazić wszystkie uczucia.
W Mulciber Manor było wiele z takiego ciężaru historii bardzo potężnych ludzi, osobliwego napięcia i surowości, która była jej zupełnie obca.
Navi poczuła się przy nim dziwnie mała, gdy tylko przeszli przez otwartą bramę. Instynktownie chwyciła Alexandra mocniej pod ramię.
Tu nawet powietrze smakowało smutkiem.

Pomyśl, że to sen.
Dewiza wyryta nad bramą wydała jej się naraz dziwnie niepokojąca. Brzmiała bardziej niż ostrzeżenie niż coś co powinno przynosić rodzinie ukojenie w chwilach wątpliwości. Ale czy ludzie mieszkający w takim domu mieli w co wątpić? Mieli się czego bać? Może po prostu powtarzali te słowa tak długo aż stały się prawdą?
Sny były przecież czymś niezwykłym! W snach Bogowie odsuwali całun przyszłości; były schronieniem dla wspomnień; kryły w sobie tęsknotę, lęk, szczęście w najczystszej postaci. W snach powracali ci, którzy odeszli. Umarli znów żyli. Domy nie płonęły.
Jeśli wszystko było snem, to nic nie musiało boleć tak naprawdę. Ani pożary, ani szaleństwo, które zdawało się czepiać kamiennych murów, ani samotność.
Pamiętała czas, gdy przestała śnić. To było zaraz po śmierci papy. Nocami pracowała lub leżała na dnie jeziora tak długo aż zmęczone ciało samo zapadało w letarg. Zawsze na granicy wycieńczenia. A potem ojciec wrócił, choć nie ciałem, a duchem i kazał jej iść spać. Od tamtego momentu wszystko było… czy było dobrze. Może troszkę. Wystarczająco.

Uniosła na moment spojrzenie i przez krótką chwilę zdawało jej się, że ktoś ją obserwuje z wyższych pięter. Strząsnęła z siebie nieprzyjemne wrażenie, szybko chyląc głowę. Zwłaszcza, że zaraz usłyszała szczeknięcie, a zza bramy wejściowej wyłonił się Alex ze swoim szczeniakiem. Uśmiechnęła się ciepło - ciężko stwierdzić czy do czarodzieja czy jednak jego psa. Może do obojga?
Łajka.
Nazywała się Łajka od suczki, którą mugole posłali w kosmos. Navi uważała, że to coś niezwykłego, że gdzieś tam teraz w przestrzeni między gwiazdami krąży mała psinka. Może ziemia zdawała jej się teraz jedynie błękitno-zieloną piłką, którą mogłaby aportować?
Nie wiedziała do końca jak mogłoby się to udać, nie rozumiała technologii niemagicznych, ale z pewnością wymyślili coś zręcznego co pozwoliło jej przetrwać w oceanie kosmicznego pyłu. Może nawet dali jej fikuśny skafander? Dużo smakołyków? Rozmyślała o tym, zerkając raz po raz na Kapitana Nemo. Podejrzewała, że jemu nie spodobałoby się w kosmosie. Ale teraz, gdy czasem zadzierał głowę, by szczeknąć na jakąś zabawnie wyglądającą chmurę na nocnym niebie, to było zupełnie tak jakby szczekał psie “hello”.

Kapitan Nemo z początku wcale nie wydawał się być zachwycony towarzystwem znacznie mniejszej i o wiele żywszej suczki i tulił się do nogi Pani, łypiąc tylko okiem, raz po raz wzdychając ciężko. Podnosił przy tym łeb robiąc minę jakby nie rozumiał skąd to to ma tyle energii. Nawet nieszczególnie go ruszyło, gdy Navi odpięła mu smycz. Dopiero gdy wyszli na wrzosowiska i odkrył jak wiele ma do odkrycia w tym nieznanym sobie miejscu… Popędził radośnie przed siebie z towarzyszącą mu, wciąż jeszcze potykającą się o własne łapy Łajką.
Zimno biło od ziemi szykującej się na przyjście zimy. Taki był naturalny porządek świata. Wrzesień czuło się tu jednak jakoś tak bardziej niż w otoczonej lasem mieścinie czy nawet w pełnym wysokich kamienic Londynie.
Stawiała bose stopy ostrożnie na kamieniach, prześlizgiwała się pomiędzy zdradliwymi trzęsawiskami, pokładając niezachwianą ufność w tym, że Mulciber wie dokąd zmierzają. To był jego świat.
Mogła tylko w milczącym zachwycie odkrywać jego tajemnice. Przyglądała się pustym gniazdom ptactwa, które musiało niedawno odlecieć w cieplejsze strony. A przecież nawet tu życie nie zamierało, gdy nadchodziła zima. Cietrzewie wyglądały leniwie znad wysokich traw, wypatrzyła też błotniaka zbożowego, leniwie sunącego po jasnym niebie. Gdy nadejcie wieczór ze swych kryjówek wyłonią się drobne gryzonie, myszy polne i nornice. Może nawet jeż przetnie im drogę, umykając z liśćmi w igłach, gotowy do snu.
Wyglądała właśnie lisa rudego, który od pewnego czasu śledził ich ruch, przysłaniając oczy dłonią przed słońcem, gdy Alexander pochwycił ją za rękę. Pobiegli. Jak dzieci, które bawiły się w chowanego i miały niewiele czasu na znalezienie kryjówki doskonałej - takiej w której nikt ich nigdy nie znajdzie. Wiatr porwał jej wstążkę, rozpuścił długi warkocz. Nie oglądała się za nią. Pozostanie pomiędzy trawami już na zawsze. To była piękna wizja. Skoro mogła zostawić tu jakąś małą cząstkę siebie. W tym obcym świecie. Tak ważnym dla Alexa.

Pomyśleć, że to wszystko zaczęło się od nowego radia.
Z początku broniła się trochę, bo to przecież taki niepotrzebny zakup. Miała swój gramofon i tak wiele pięknych płyt. Ale machnął ręką i nawet zaczął radio ustawiać. Z początku nie szło to za dobrze i już już miała wskazać w stronę lasu za oknem, że może pójdzie poszukać taty, bo tata na pewno będzie wiedział jak to zrobić i z pewnością chętnie Alexandrowi pomoże! I wtedy się udało. Co prawda spodziewała się muzyki, ale akurat trafili na audycję.
Miło było słuchać o tych całych kapsułach pamięci. Alex ustawił jej ulubiony fotel bujany tak, co by lepiej słyszała, a sam siedział na dywanie z Kapitanem Nemo i nie robił nic użytecznego. Pies zresztą też nie. Navi natomiast zajęła się robieniem szalika na drutach. W przeciwieństwie do wielu czarownic, wolała mugolską metodę. Zajmowało jej to więcej czasu, ale było znacznie przyjemniejsze.
W pewnym momencie podniosła głowę znad robótki i pomyślała, że wyglądają trochę tak jak jej starzy sąsiedzi. Oni też wiecznie słuchali radia, ale pan Thomas zazwyczaj rozgrywał wielogodzinne partie szachów sam z sobą, a pani Cassie haftowała przepiękne wzory na serwetkach i obrusach. Przez moment pozwoliła sobie na jedną malutką myśl, że może i oni mogliby się tak zestarzeć? Otrząsnęła się z tego szybko, gdy zaczął opowiadać o płytkach, mugolskich rakietach i tak wielu rzeczach, że aż jej się ze zdumienia zakręciło w głowie.

- Co ty o tym wszystkim myślisz?
Uśmiechnęła się po prostu w odpowiedzi i odłożyła robótkę do wiklinowego koszyka. Musiała poszukać czegoś co nada się na ich własną kapsułę czasu. Może nie wystrzelą jej wysoko w kosmos (co w samo sobie jej się nieszczególnie podobało. Gdyby tak nagle wszyscy zaczęli wysyłać swoje kapsuły czasu to zrobiłby się tam śmietnik gorszy niż po zabawach jarmarcznych w Great Hangleton), ale zakopią na wrzosowiskach niedaleko domu rodzinnego czarodzieja.
Serce jej zabiło mocniej na samą myśl, że chciałby ją zabrać w tak ważne miejsce
Nadal biło, policzki zaś Jahnavi miała zaróżowione od wiatru i uczuć, których nie potrafiła zbyt dobrze opisać. Wystarczyło, że czasem musnął, zupełnym przypadkiem, swoją dłonią o jej dłoń, gdy coś wskazywał lub kiedy poprawiał jej usuwający się z ramion szal, czuła dziwaczny uścisk w sercu.
Haan kya yeh mera pehla pehla pyar hai , sajna kya yeh mera pehla pehla pyar hai?
Słowa starej piosenki rozbrzmiewały jej w pamięci raz po raz niczym uciążliwa mucha brzęcząca tuż nad uchem w letni wieczór.

Pochłonięta myślami, w pierwszej chwili nie zauważyła, że Alex się zatrzymał. Wpadła na niego. Och. Co za nieostrożna, głupia gąska. Natychmiast złożyła dłonie w przepraszającym geście. Nie wyglądał jakby miał się na nią zagniewać. To dobrze. Nie chciała, żeby się złościł. Nie dzisiaj. Nie jutro. Nigdy.
Przyklęknął, a potem… położył się pośród traw. Załamała lekko ręce na ten widok. Przecież zaraz ubrudzi koszulę, a zaklęcia wywabiające ziemię wcale nie były takie proste. Ale było coś niesamowitego w tym jak słuchał swojej ziemi. Nie widziała go nigdy takiego. Podwinęła trochę sari, by położyć się obok niego.
Nie chciała gnieść roślinność, choć ta układała się pod nią niczym miękki dywan. Zimno bijące od ziemi działało kojąco. Nie potrafiła tej tęsknoty za matką naturą wytłumaczyć. Czuła ją nawet gdy byli w Londynie i choć sam wyjazd był piękny, to jednak tutaj… Tu było tak jak powinno być.
Pozwoliła poprowadzić mu swoją dłoń bliżej wyrobionej ziemi. Niegdyś musiały żyć tu nornice lub króli lecz teraz, nora zdawała się pusta. Nie patrzyła na Alexa. Nie potrzebowała patrzeć, żeby wiedzieć co chce jej pokazać. A może po prostu zwyczajnie bała się na niego patrzeć, gdy był tak blisko? Nie dlatego, że wciąż ją przerażał, ale dlatego, że w jego oczach dałoby się ukryć wszystkie emocje świata, a jednak nie było w nich zwykle żadnych. Nie chciała widzieć w nich pustki w dniu, w którym była tak bardzo szczęśliwa.
Instynktownie przysunęła się jeszcze odrobinę bliżej, gdy objął ją ramieniem. Chodziło o ciepło. Tylko o to. Tyle była sobie w stanie jeszcze wmówić. Ona sama oparła się na łokciach, grzebiąc w przyniesionej ze sobą wsiąkiewce. Wyciągnęła z niej sporą puszkę po kawie, która miała służyć im za kapsułę, aksamitki zebrane w jej ogrodzie i kilka róż z Mulciber Manor. W audycji mówili, że takie kapsuły miały służyć zapamiętaniu rzeczy, które były ważne. Pomyślała, że to piękne dodać do środka kwiaty. Miała też przygotowaną pierwszą obrożę Nemo, gdy ten był jeszcze szczeniakiem niewiele większym od Łajki. Papa na metalowym krążku wygrawerował z jednej strony “Kapitan”, a na rewersie “Jahnavi”. W końcu wyjęła z sakiewki rzecz, której jeszcze nie pokazywała Alexandrowi.
W małym drewnianym pudełeczku leżały dwa pierścienie. Te, które znalazła na dnie jeziora, a które miała cały czas schowane głęboko pod swoimi sari w jednej ze swoich komódek.

Przymknęła na moment oczy.
Może to całe pomyśl, że to sen wcale nie było żadnym ostrzeżeniem jak zdawało jej się wcześniej. Może właśnie to był bardzo miły sen, który mogli choć przez chwilę dzielić między sobą.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (3083), Jahnavi Pandit (2765), Pan Losu (70)




Wiadomości w tym wątku
[30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Alexander Mulciber - 09.05.2026, 15:10
RE: [30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Jahnavi Pandit - 10.05.2026, 20:57
RE: [30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Alexander Mulciber - 08.06.2026, 17:16
RE: [30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Pan Losu - 08.06.2026, 17:16
RE: [30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Jahnavi Pandit - 28.06.2026, 15:06
RE: [30.09.1972, West Yorkshire] In the moors somewhere - przez Alexander Mulciber - 13.07.2026, 21:23

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa