- Oh... OH, faktycznie - rzuciła wreszcie, łącząc kropki i uświadamiając sobie, że faktycznie, wszystko dookoła zdawało się mienić w kolorach Godryka Gryfindora. Zawsze miło było dostrzec taki akcent, szczególnie kiedy jeszcze nie tak dawno biegało się po szkolnych korytarzach i to dokładnie w takich barwach. - Nie no, w takim naszym - zapewniła tez zaraz, absolutnie pewna swojej racji, no bo w sumie nikt jej nie wspominał na temat tego, że było sklep mugolski, a i były to opowieści ze szpitalnych korytarzy. Znaczyło to ni mniej ni więcej tyle, że cokolwiek kryło się w chińskim sklepiku, musiało działać na czarodziei. To z kolei prowadziło do kolejnego punktu tego całego ciągu myślowego, że skoro tak, to sklepik musiał być magiczny no bo... no bo tak.
- Mam wrażenie, że wszystkie smoki mają skrzydła - powiedziała powoli, przyglądając się bezskrzydłej bestii. Jakby się nad tym zastanowić, to nie było w tym aż tak dużych różnic, bo chyba ogniomioty faktycznie miały podłużne kształty, ale no, potrzebowały skrzydeł żeby latać. Popularny w chińskiej kulturze symbol, bardziej opierał się więc na folklorze. Ale tak samo jeden, jak i drugi, podobał się Dorze tak samo. Zaraz jednak przestała myśleć o tych smokach, bo Brenna wspomniała o jedzeniu i dziewczynie aż zaświeciły się oczy. - Oh, tak. Koniecznie! Gdzieś czytałam, że jedzenie jest niepowtarzalnym sposobem na zaznajomienie się z kulturą i jest jej nieoderwalnym aspektem. Więcej, podobnie w takich miejscach jak to - ściszyła trochę głos, nie wiedzieć czemu. - To już w ogóle niepowtarzalne doświadczenie, bo to taki kocioł kulturowy. W sensie ta chińska kultura sobie musi radzić z tym co dostępne jest na wyspach - a przynajmniej tak słyszała, ale jak można było się już spodziewać, to słyszała na prawdę dużo rzeczy.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.