12.05.2026, 19:40 ✶
Astoria nie spojrzała na niego od razu. Siedziała nieruchomo, z dłońmi ułożonymi z przesadną wręcz elegancją na krawędzi stołu, jakby wciąż uczestniczyli w zwyczajnej kolacji, a nie w groteskowym przedstawieniu, którego zakończenie właśnie zaczynało się przed nimi odsłaniać. Jedynie napięcie w jej szczęce zdradzało, że doskonale rozumiała sytuację.
Szept Othella dotarł do niej po chwili i spojrzała na niego z niedowierzaniem. W innych okolicznościach być może uznałaby go za niepokojącego czarodzieja. Teraz jednak jego spokój działał dziwnie stabilizująco. Jakby oboje siedzieli w centrum czegoś absurdalnego, a panika była luksusem zbyt banalnym, by po nią sięgać.
- Wszystko, żeby tego uniknąć? - mruknęła pod nosem, a jej wzrok przesunął się ku obrazom. Do splecionych sylwetek. Rozciętych dłoni. Ust przy cudzej skórze. Im dłużej się im przyglądała, tym bardziej miała wrażenie, że coś jest z nimi nie tak - perspektywa wydawała się minimalnie zaburzona, proporcje odrobinę zbyt wydłużone, a cienie zbyt głębokie. Piękne. I zepsute. Przez moment milczała, analizując każdy szczegół z zawodową uwagą. Jej umysł działał szybko mimo zmęczenia i dusznego powietrza, które coraz mocniej drażniło gardło. Oddech pozostawał płytki, ale stabilny. Nie mogła pozwolić sobie na panikę.
Vaillantowie nadal rozmawiali między sobą spokojnie, niemal od niechcenia, jakby byli już pewni zakończenia tej historii. To właśnie było najgorsze - brak pośpiechu. Ludzie pewni zwycięstwa nigdy się nie spieszyli.
Astoria oblizała spierzchnięte usta i ponownie spojrzała na stół. Na puste kielichy. Na własne dłonie. Nie podobał jej się kierunek, w którym zmierzały jej myśli. Ale jeszcze mniej podobała jej się perspektywa pozostania tutaj bezczynnie.
- Jeśli to jakiś chory rytuał oparty na wymianie - odezwała się cicho - Możliwe, że chodzi bardziej o sam akt niż o jego rezultat.
Może wcale nie musieli tu umierać? Może chodziło tylko o odegranie pewnego schematu? Poczuła jak żołądek zaciska jej się nieprzyjemnie na samą myśl. Nienawidziła krwi. Mięso budziło w niej obrzydzenie od zawsze, a świadomość wypicia cudzej krwi wydawała się czymś całkowicie nienaturalnym... zwierzęcym. Coś głęboko w niej buntowało się przeciw samej idei. Powoli odchyliła głowę, opierając ją lekko o wysokie oparcie krzesła. Świece rzucały światło na jej bladą twarz, podkreślając ostrość policzków i zmęczenie ukryte pod warstwą perfekcyjnego opanowania.
- Nie chcę tu skończyć jako kolacja. Musimy coś zrobić. Tyle, że na rozkochanie siebie nawzajem może nam zabraknąć czasu - wiedziała, że muszą się pospieszyć, ale ta teoria pozostawiała wiele niewiadomych. Wsłuchała się w szepty widm, próbując znaleźć w tym większy sens. - Może wypicie krwi wystarczy? - zapytała bez przekonania, zatrzymując spojrzenie na nożykach przy kielichach. Byliby w stanie do nich sięgnąć, ale musieliby działać szybko i zdecydowanie.
Szept Othella dotarł do niej po chwili i spojrzała na niego z niedowierzaniem. W innych okolicznościach być może uznałaby go za niepokojącego czarodzieja. Teraz jednak jego spokój działał dziwnie stabilizująco. Jakby oboje siedzieli w centrum czegoś absurdalnego, a panika była luksusem zbyt banalnym, by po nią sięgać.
- Wszystko, żeby tego uniknąć? - mruknęła pod nosem, a jej wzrok przesunął się ku obrazom. Do splecionych sylwetek. Rozciętych dłoni. Ust przy cudzej skórze. Im dłużej się im przyglądała, tym bardziej miała wrażenie, że coś jest z nimi nie tak - perspektywa wydawała się minimalnie zaburzona, proporcje odrobinę zbyt wydłużone, a cienie zbyt głębokie. Piękne. I zepsute. Przez moment milczała, analizując każdy szczegół z zawodową uwagą. Jej umysł działał szybko mimo zmęczenia i dusznego powietrza, które coraz mocniej drażniło gardło. Oddech pozostawał płytki, ale stabilny. Nie mogła pozwolić sobie na panikę.
Vaillantowie nadal rozmawiali między sobą spokojnie, niemal od niechcenia, jakby byli już pewni zakończenia tej historii. To właśnie było najgorsze - brak pośpiechu. Ludzie pewni zwycięstwa nigdy się nie spieszyli.
Astoria oblizała spierzchnięte usta i ponownie spojrzała na stół. Na puste kielichy. Na własne dłonie. Nie podobał jej się kierunek, w którym zmierzały jej myśli. Ale jeszcze mniej podobała jej się perspektywa pozostania tutaj bezczynnie.
- Jeśli to jakiś chory rytuał oparty na wymianie - odezwała się cicho - Możliwe, że chodzi bardziej o sam akt niż o jego rezultat.
Może wcale nie musieli tu umierać? Może chodziło tylko o odegranie pewnego schematu? Poczuła jak żołądek zaciska jej się nieprzyjemnie na samą myśl. Nienawidziła krwi. Mięso budziło w niej obrzydzenie od zawsze, a świadomość wypicia cudzej krwi wydawała się czymś całkowicie nienaturalnym... zwierzęcym. Coś głęboko w niej buntowało się przeciw samej idei. Powoli odchyliła głowę, opierając ją lekko o wysokie oparcie krzesła. Świece rzucały światło na jej bladą twarz, podkreślając ostrość policzków i zmęczenie ukryte pod warstwą perfekcyjnego opanowania.
- Nie chcę tu skończyć jako kolacja. Musimy coś zrobić. Tyle, że na rozkochanie siebie nawzajem może nam zabraknąć czasu - wiedziała, że muszą się pospieszyć, ale ta teoria pozostawiała wiele niewiadomych. Wsłuchała się w szepty widm, próbując znaleźć w tym większy sens. - Może wypicie krwi wystarczy? - zapytała bez przekonania, zatrzymując spojrzenie na nożykach przy kielichach. Byliby w stanie do nich sięgnąć, ale musieliby działać szybko i zdecydowanie.
learn the rules
then break some
then break some