Crow wcale nie planował dzisiaj w Rejwachu być. Tym, co skusiło go do odwiedzenia Londynu, nie była chęć zobaczenia się z Tarpem, tylko list od Lewisa zapraszający go do udziału w jakimś kulinarnym przedsięwzięciu. Przyszedł, przyniósł trochę gruszek, a później uciekł w podskokach, bo Rejwach okazał się pełen ludzi, których nie znał i chyba nie do końca chciał ich poznawać. Piwnica... Piwnica była bezpieczna. Opiekuńcze nastawienie starego policjanta również.
A może wmawiał sobie niektóre rzeczy dlatego, że nie cierpiał rozmów i spotkań innych niż te w parze?
Wyglądał na smutnego. Ciemne oczy analizowały scenę, jaka się przed nim malowała. Przywykł do widoku dziwnych stworzeń i traktowania szkodników jak pupili (no bo halo – mieszkał z Laurentem), nie obrzydzały go dźwięki konsumowania czegoś czego nie do końca widział, ale wyraźnie czuł od tego smród ryby (no bo halo po raz drugi – mieszkał z Laurentem), a jednak wyglądał jakby nic mu w tym nie pasowało. Wzdrygnął się na dźwięk własnego imienia.
Gdyby to był ktoś inny, w ogóle by się z tego nie wytłumaczył.
– Nie spodziewałem się usłyszeć tutaj tego imienia – powiedział, głosem noszącym znamiona długotrwałego zaciskania zębów. Nie był to wyrzut, brakło też w tym agresji. Był zwyczajnie zdziwiony. – Lewy mnie zaprosił, przyszedłem się przywitać. – Zachowywał się, jak na siebie, zbyt grzecznie. Dokładnie tak jak zachowywały się dzieci, które widziały, że coś nabroiły i balu się o tym powiedzieć na głos, bo przecież wtedy najgorszy koszmar stanie się prawdą.
Wrócił do Londynu, owszem.
Ale w sumie to od Spalonej Nocy nikt go tu za bardzo nie widział. Tak, tym razem dał znaki życia, ale przestał przesiadywać w Londynie tyle co w lipcu i sierpniu.
A może wmawiał sobie niektóre rzeczy dlatego, że nie cierpiał rozmów i spotkań innych niż te w parze?
Wyglądał na smutnego. Ciemne oczy analizowały scenę, jaka się przed nim malowała. Przywykł do widoku dziwnych stworzeń i traktowania szkodników jak pupili (no bo halo – mieszkał z Laurentem), nie obrzydzały go dźwięki konsumowania czegoś czego nie do końca widział, ale wyraźnie czuł od tego smród ryby (no bo halo po raz drugi – mieszkał z Laurentem), a jednak wyglądał jakby nic mu w tym nie pasowało. Wzdrygnął się na dźwięk własnego imienia.
Gdyby to był ktoś inny, w ogóle by się z tego nie wytłumaczył.
– Nie spodziewałem się usłyszeć tutaj tego imienia – powiedział, głosem noszącym znamiona długotrwałego zaciskania zębów. Nie był to wyrzut, brakło też w tym agresji. Był zwyczajnie zdziwiony. – Lewy mnie zaprosił, przyszedłem się przywitać. – Zachowywał się, jak na siebie, zbyt grzecznie. Dokładnie tak jak zachowywały się dzieci, które widziały, że coś nabroiły i balu się o tym powiedzieć na głos, bo przecież wtedy najgorszy koszmar stanie się prawdą.
Wrócił do Londynu, owszem.
Ale w sumie to od Spalonej Nocy nikt go tu za bardzo nie widział. Tak, tym razem dał znaki życia, ale przestał przesiadywać w Londynie tyle co w lipcu i sierpniu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.