14.05.2026, 12:37 ✶
– Zapomniałem o niej – przyznał bez oporów. Christopher w końcu spędzał większość czasu w mieście, kursując między swoim mieszkaniem, domem mody Rosierów, ewentualnie eleganckimi restauracjami czy miejscami takimi jak muzeum. Rośliny raczej nie miały okazji się w nich nadmiernie rozplenić, nie miał trawników do koszenia, a owoce i warzywa dostarczano mu bezpośrednio na stół. – Ale czy to tym bardziej nie świadczy o tym, że teraz możemy spodziewać się… sam nie wiem. Wielkich burz? Morza występującego z granic? Może to Brighton to jednak nie najlepszy pomysł.
Trochę żartował, a trochę… trochę nie. Bo jednak nie spodziewał się Spalonej Nocy. Chyba naiwnie zakładał, że Beltane było kumulacją. A teraz? Teraz to już był gotów spodziewać się właściwie wszystkiego albo prawie wszystkiego.
– Mam nadzieję, że z sypialnią nie jest tak źle – dodał, kontemplując przez chwilę jej pomysł i rozważając, co jest lepsze: chwilowa niewygoda tutaj czy dalej tkwienie u rodziców. I uznał, że jednak to pierwsze. Prawdę mówiąc, był już całkiem blisko tego, by zacząć sypiać na kanapie w swojej pracowni w Domu Mody: ogólnie rzecz biorąc robił ostatnio absolutnie wszystko, żeby nie wracać do domu, i teraz też wpadł na wprost genialny pomysł. – Masz później ochotę obejrzeć plażę albo centrum miasta?
Dom w końcu znajdował się pod miastem. Miasto było mugolskie, ale Rosier po chwili wahania uznał, że lepsze mugolskie miasto z Victorią niż magiczny salon domu Rosierów z kuzynostwem, proszących go o rysowanie księżniczek i rycerzy. Najpierw to mu nawet pochlebiało, ale namalował im już tych księżniczek z pięćdziesiąt i miał naprawdę szczerze dość.
– Stylowy – ocenił parkiet, z pewnym zadowoleniem. Na pierwszy rzut oka nie widział rys, ale do lepszej oceny trzeba było wpuścić tu światło i przesunąć meble. - Możliwe, że tu nie mieszkał… albo był bałaganiarzem lub nie spędzał tu dużo czasu, bo na przykład podróżował. Te zasłony bardzo potrzebują prania.
Szarpnął.
Pomieszczenie zostało zalane światłem.
A złowieszcze bzęczenie nasiliło się i spomiędzy fałd zasłony uniósł się nie tylko kurz, ale też kilkanaście niewielkich, włochatych, skrzydlatych istotek: wyraźnie potwierdzających, że właściciel nie korzystał z tego pomieszczenia. Victoria była dość daleko od nich, ale Chris… och. On miał problem.
– Uwaga! – zawołał Rosier, cofając się gwałtownie i próbując sięgnąć po różdżkę, bo nie wiedział wprawdzie, czym są te istoty, ale jak coś wydawało z siebie takie dźwięki i tak wyglądało, to na pewno nie wróżyło dobrze.
Trochę żartował, a trochę… trochę nie. Bo jednak nie spodziewał się Spalonej Nocy. Chyba naiwnie zakładał, że Beltane było kumulacją. A teraz? Teraz to już był gotów spodziewać się właściwie wszystkiego albo prawie wszystkiego.
– Mam nadzieję, że z sypialnią nie jest tak źle – dodał, kontemplując przez chwilę jej pomysł i rozważając, co jest lepsze: chwilowa niewygoda tutaj czy dalej tkwienie u rodziców. I uznał, że jednak to pierwsze. Prawdę mówiąc, był już całkiem blisko tego, by zacząć sypiać na kanapie w swojej pracowni w Domu Mody: ogólnie rzecz biorąc robił ostatnio absolutnie wszystko, żeby nie wracać do domu, i teraz też wpadł na wprost genialny pomysł. – Masz później ochotę obejrzeć plażę albo centrum miasta?
Dom w końcu znajdował się pod miastem. Miasto było mugolskie, ale Rosier po chwili wahania uznał, że lepsze mugolskie miasto z Victorią niż magiczny salon domu Rosierów z kuzynostwem, proszących go o rysowanie księżniczek i rycerzy. Najpierw to mu nawet pochlebiało, ale namalował im już tych księżniczek z pięćdziesiąt i miał naprawdę szczerze dość.
– Stylowy – ocenił parkiet, z pewnym zadowoleniem. Na pierwszy rzut oka nie widział rys, ale do lepszej oceny trzeba było wpuścić tu światło i przesunąć meble. - Możliwe, że tu nie mieszkał… albo był bałaganiarzem lub nie spędzał tu dużo czasu, bo na przykład podróżował. Te zasłony bardzo potrzebują prania.
Szarpnął.
Pomieszczenie zostało zalane światłem.
A złowieszcze bzęczenie nasiliło się i spomiędzy fałd zasłony uniósł się nie tylko kurz, ale też kilkanaście niewielkich, włochatych, skrzydlatych istotek: wyraźnie potwierdzających, że właściciel nie korzystał z tego pomieszczenia. Victoria była dość daleko od nich, ale Chris… och. On miał problem.
– Uwaga! – zawołał Rosier, cofając się gwałtownie i próbując sięgnąć po różdżkę, bo nie wiedział wprawdzie, czym są te istoty, ale jak coś wydawało z siebie takie dźwięki i tak wyglądało, to na pewno nie wróżyło dobrze.