16.05.2026, 23:38 ✶
Odkąd mieszkał w Rejwachu, Zenek nie musiał płacić czynszu. A ponieważ Woody płacił mu sowicie, to miał mnóstwo złota na kupowanie szajsu. W każdą sobotę handlową to samo: stoiska, kramy, rodzinne biznesy i sklepiki. Popatrzeć, pomacać, wypić darmową próbkę eliksiru, odchorować. Weźmy chociażby taki specyfik z opuncją na opakowaniu. Co to jest? Ładnie pachnie, zapytał Zenek, nachylając się nad kubeczkiem zielonej piany. To nie do picia, Zenku, odpowiedziała ekspedientka, odsuwając kubeczek spod jego nosa. W spienionej galaretce pływały drobne fragmenty kaktusa, ma się rozumieć złuszczające skórę głowy. NA BUJNY POROST, głosiła etykieta buteleczki ze specyfikiem. Zenek był kupiony. Opuncjowy specyfik również.
Tamtego czwartkowego wieczora Zenek mył głowę w umywalce. Nacisnął pompkę z komunalnym szamponem. Wydała tylko smętny odgłos sprężystego mechanizmu. Zenek naciskał jak wściekły, ale z pompki już nic nie wylatywało. Wyciągnął mokrą głowę spod kranu. Spojrzał na swoją półeczkę w łazience. Opuncjowy eliksir na porost odpowiedział spojrzeniem. Zenek sięgnął po butelkę.
Odkorkował butelkę i przechylił. Na rozwartą dłoń wylał trochę tej zielonej galaretki. Igiełki z opuncji go kłuły, ale w taki w miarę przyjemny sposób. Za to szampon pachniał jak te smaczne soczki z mugolskiego marketu, które kupowało się w kartonikach ze słomką. Ponownie włożył głowę pod kran, odpalił gorącą wodę, sekundę później syknął i odpalił też zimną. Zgodnie z instrukcją zaczął masować skórę głowy szamponem. Ten sposób mycia miał pozostawić go z poczuciem folikularnej świeżości. I Zenek to czuł: igiełki aż wbijały się w skórę. Masaż głowy go relaksował, a włosy ładnie pachniały. Przycisnął igiełki odrobinę mocniej. Coś mu chrupnęło.
Spłukał włosy i sięgnął po ręcznik, żeby się osuszyć, ale gdy tylko zaczął wycierać, ręcznik go zakłuł w rękę. Auć, powiedział Zenek. Spojrzał na ręcznik. Wyglądał normalnie. Rozłożył go. W ręczniku nic nie było... Zenek nie chciał tego robić, ale zrobił to. Włożył rękę w wilgotne włosy. Na czubku głowy coś siedziało. Nacisnął, a obiekt go zakłuł. Jęknął. Nie chciał już oglądać siebie w lustrze. Zerknął tylko pobieżnie na czubek w tafli lustra. Z kaktusa wyrastał mały różowy kwiatek.
Jeśli wyjdzie teraz z łazienki po cichu, to jeszcze przez sekundę będzie mógł udawać, że nic się nie stało. Tak zatem zrobił. Rozchylił drzwi łazienki i ze zwieszonymi ramionami powłóczył się do pokoju, ciągnąc za sobą strużkę wody z przemokniętych kapci. Z każdym krokiem podłoga odpowiadała mokrym pacnięciem: pac, pac. Pac, pac. Na korytarzu nikogo nie spotkał. Dotarł wreszcie do drzwi i przekręcił kluczyk w zamku.
Kiedy tylko przestąpił próg pokoju, zorientował się, że ktoś poza nim oddychał w pomieszczeniu. Na mokrym t-shircie poczuł chłód wieczornego powietrza. Zenek nie otwierał okna wieczorem. Zmarszczył brwi. Nie przyjmował fanów o takiej porze, ale mógł zacząć. Wymacał ścianę przy wejściu i zahaczył palcem o światłozapalacz. Pstryk. Zmrużył oczy, oślepiony dosadną dawką żarówkowego światła.
Coś czarnego od stóp do głów siedziało na brzegu jego łóżka.
— Kra? — zadrżał mu głos. Podszedł o krok do przodu. Zaraz, głów? Istotnie, z czubka głowy Crowa wyrastały bujne, kędzierzawe włosy. Na końcówkach skręcały się w drobne loczki. A łysina to gdzie? Poczuł, jak mu nogi odmawiają posłuszeństwa, więc zatoczył się przez pokój w mokrych kapciach. Pacnął na łóżko obok Crowa, aż podskoczyli obaj na sprężynach.
— Masz włosy — nie potrafił się napatrzeć. Zawsze myślał, że to łyse placki dodawały głowie powagi i animuszu. A tu Crow się pojawił z czupryną, jakby go nie było nie trzy lata, tylko trzydzieści. Nie wiedział, co zrobić z rękami, więc dotknął własnych włosów. Ruch ten sprawił, że zaswędziało go na czubku. Łazienka powróciła z zawrotną prędkością. — A ja mam kaktusa na głowie.
Tamtego czwartkowego wieczora Zenek mył głowę w umywalce. Nacisnął pompkę z komunalnym szamponem. Wydała tylko smętny odgłos sprężystego mechanizmu. Zenek naciskał jak wściekły, ale z pompki już nic nie wylatywało. Wyciągnął mokrą głowę spod kranu. Spojrzał na swoją półeczkę w łazience. Opuncjowy eliksir na porost odpowiedział spojrzeniem. Zenek sięgnął po butelkę.
Odkorkował butelkę i przechylił. Na rozwartą dłoń wylał trochę tej zielonej galaretki. Igiełki z opuncji go kłuły, ale w taki w miarę przyjemny sposób. Za to szampon pachniał jak te smaczne soczki z mugolskiego marketu, które kupowało się w kartonikach ze słomką. Ponownie włożył głowę pod kran, odpalił gorącą wodę, sekundę później syknął i odpalił też zimną. Zgodnie z instrukcją zaczął masować skórę głowy szamponem. Ten sposób mycia miał pozostawić go z poczuciem folikularnej świeżości. I Zenek to czuł: igiełki aż wbijały się w skórę. Masaż głowy go relaksował, a włosy ładnie pachniały. Przycisnął igiełki odrobinę mocniej. Coś mu chrupnęło.
Spłukał włosy i sięgnął po ręcznik, żeby się osuszyć, ale gdy tylko zaczął wycierać, ręcznik go zakłuł w rękę. Auć, powiedział Zenek. Spojrzał na ręcznik. Wyglądał normalnie. Rozłożył go. W ręczniku nic nie było... Zenek nie chciał tego robić, ale zrobił to. Włożył rękę w wilgotne włosy. Na czubku głowy coś siedziało. Nacisnął, a obiekt go zakłuł. Jęknął. Nie chciał już oglądać siebie w lustrze. Zerknął tylko pobieżnie na czubek w tafli lustra. Z kaktusa wyrastał mały różowy kwiatek.
Jeśli wyjdzie teraz z łazienki po cichu, to jeszcze przez sekundę będzie mógł udawać, że nic się nie stało. Tak zatem zrobił. Rozchylił drzwi łazienki i ze zwieszonymi ramionami powłóczył się do pokoju, ciągnąc za sobą strużkę wody z przemokniętych kapci. Z każdym krokiem podłoga odpowiadała mokrym pacnięciem: pac, pac. Pac, pac. Na korytarzu nikogo nie spotkał. Dotarł wreszcie do drzwi i przekręcił kluczyk w zamku.
Kiedy tylko przestąpił próg pokoju, zorientował się, że ktoś poza nim oddychał w pomieszczeniu. Na mokrym t-shircie poczuł chłód wieczornego powietrza. Zenek nie otwierał okna wieczorem. Zmarszczył brwi. Nie przyjmował fanów o takiej porze, ale mógł zacząć. Wymacał ścianę przy wejściu i zahaczył palcem o światłozapalacz. Pstryk. Zmrużył oczy, oślepiony dosadną dawką żarówkowego światła.
Coś czarnego od stóp do głów siedziało na brzegu jego łóżka.
— Kra? — zadrżał mu głos. Podszedł o krok do przodu. Zaraz, głów? Istotnie, z czubka głowy Crowa wyrastały bujne, kędzierzawe włosy. Na końcówkach skręcały się w drobne loczki. A łysina to gdzie? Poczuł, jak mu nogi odmawiają posłuszeństwa, więc zatoczył się przez pokój w mokrych kapciach. Pacnął na łóżko obok Crowa, aż podskoczyli obaj na sprężynach.
— Masz włosy — nie potrafił się napatrzeć. Zawsze myślał, że to łyse placki dodawały głowie powagi i animuszu. A tu Crow się pojawił z czupryną, jakby go nie było nie trzy lata, tylko trzydzieści. Nie wiedział, co zrobić z rękami, więc dotknął własnych włosów. Ruch ten sprawił, że zaswędziało go na czubku. Łazienka powróciła z zawrotną prędkością. — A ja mam kaktusa na głowie.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.