17.05.2026, 16:36 ✶
Czasami życie wydawało mu się bardzo proste. Jeśli kazano mu coś wykonać, niemal momentalnie w na pozór pustej głowie pojawiał się na plan. I wiedział dokładnie co musi zrobić, żeby go zrealizować. Osiągał w ten sposób rzeczy, które innym wydawały się nieosiągalne. A jemu? Jemu to przychodziło z niezwykłą lekkością. Podobno nie każdy był w stanie nauczyć się matematyki, nie każdy był w stanie zrozumieć wszystkie zawiłości związane z tym jak fizyka opisuje znany świat. Ciekawe czy ludzie, którzy stworzyli tę teorię wpadliby na to, że tym kimś dla kogo będzie to osiągalne i naturalne jak nauka chodzenia, okaże się wychowany na ulicy chłopak, który z ledwością nauczył się pisać. Bo życie było proste, kiedy składało się z gdybań profesorów, nieustannego brzęczenia abakusa, prób wybudowania drżącą ręką równych linii mających oddać przyszły kształt elementu budowanej przez niego maszyny. Ono komplikowało się dopiero kiedy...
No właśnie, kiedy serce drżało.
A drżało mu często. To było brzdęknięcie łóżka, czy to serce właśnie? Bo czuł jak mu wali, aż mu zaszumiało w uszach, ale życie nie było teraz proste i poza tym, że zobaczenie Zenka na żywo wiązało się z wybuchem fali uczuć, niewiele więcej z tego wyczytał, bo Crow nie był w stanie ich nazwać. Wiedział już, że przynajmniej część tego, to był dyskomfort. Czuł go przed momentem, kiedy Zenek zapalił światło. Czuł go teraz, kiedy na niego patrzył. Wstyd? Może. Strach, dyskomfort. Ale gdyby to było tylko to, co przygniata człowieka do materaca i nie pozwala wyjść tygodniami z sypialni, to by tu nigdy nie przyszedł.
– Yeah – powiedział cicho, przekręcając się w bok, żeby go lepiej widzieć. Nie utrzymał kontaktu wzrokowego zbyt długo.
Sam był tak samo smutny jak wcześniej. Wyglądał dużo lepiej, ale na twarzy wciąż miał wypisaną beznadzieję – Zenek nie zdążył na ten krótki moment, kiedy promieniał i nikt go nie poznawał, bo tak dobrze sobie radził. Nic dziwnego, bo wystarczyło mrugnąć, a Crow wrócił do dawnych nawyków. No ale to właśnie dawne nawyki przyprowadziły go tutaj.
– Ja... Mhm... – Przynajmniej próbował się odezwać. Trochę przy tym uciekał spojrzeniem, bo nigdy nie wiedział czego się spodziewać przy pierwszym spotkaniu. Jedni mu za te ucieczki dawali w mordę, drudzy płakali albo zduszali ból, trzeci kazali mu wyjść, czwarci przekuwali frustrację i tęsknotę w wieczory, które ostatecznie zrujnowały mu budowane przez ostatnie trzy lata życie, bo okazało się nieprzygotowane na smutną prawdę o tym jakim okropnym był człowiekiem. Grupy piątej, której sam widzieć nie chciał i częstował ich równie niewybrednym powitaniem co zetknięcie pięści z twarzą, celowo w swoich kalkulacjach nie ujmował. – Prędzej ci tu kaktus wyrośnie, niż mnie tu zobaczysz? – Nie było mu do końca do śmiechu. Skubał skórki przy paznokciach, rozglądając się po pokoju.
No właśnie, kiedy serce drżało.
A drżało mu często. To było brzdęknięcie łóżka, czy to serce właśnie? Bo czuł jak mu wali, aż mu zaszumiało w uszach, ale życie nie było teraz proste i poza tym, że zobaczenie Zenka na żywo wiązało się z wybuchem fali uczuć, niewiele więcej z tego wyczytał, bo Crow nie był w stanie ich nazwać. Wiedział już, że przynajmniej część tego, to był dyskomfort. Czuł go przed momentem, kiedy Zenek zapalił światło. Czuł go teraz, kiedy na niego patrzył. Wstyd? Może. Strach, dyskomfort. Ale gdyby to było tylko to, co przygniata człowieka do materaca i nie pozwala wyjść tygodniami z sypialni, to by tu nigdy nie przyszedł.
– Yeah – powiedział cicho, przekręcając się w bok, żeby go lepiej widzieć. Nie utrzymał kontaktu wzrokowego zbyt długo.
Sam był tak samo smutny jak wcześniej. Wyglądał dużo lepiej, ale na twarzy wciąż miał wypisaną beznadzieję – Zenek nie zdążył na ten krótki moment, kiedy promieniał i nikt go nie poznawał, bo tak dobrze sobie radził. Nic dziwnego, bo wystarczyło mrugnąć, a Crow wrócił do dawnych nawyków. No ale to właśnie dawne nawyki przyprowadziły go tutaj.
– Ja... Mhm... – Przynajmniej próbował się odezwać. Trochę przy tym uciekał spojrzeniem, bo nigdy nie wiedział czego się spodziewać przy pierwszym spotkaniu. Jedni mu za te ucieczki dawali w mordę, drudzy płakali albo zduszali ból, trzeci kazali mu wyjść, czwarci przekuwali frustrację i tęsknotę w wieczory, które ostatecznie zrujnowały mu budowane przez ostatnie trzy lata życie, bo okazało się nieprzygotowane na smutną prawdę o tym jakim okropnym był człowiekiem. Grupy piątej, której sam widzieć nie chciał i częstował ich równie niewybrednym powitaniem co zetknięcie pięści z twarzą, celowo w swoich kalkulacjach nie ujmował. – Prędzej ci tu kaktus wyrośnie, niż mnie tu zobaczysz? – Nie było mu do końca do śmiechu. Skubał skórki przy paznokciach, rozglądając się po pokoju.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.