Widząc jak jej brat wykrzywił usta w uśmiechu parsknęła cicho spoglądając na ich towarzyszkę. Bawił ją ten duet i to niemiłosiernie. Vespera również nie przejęła się tym, że pod stopami ziemia się delikatnie zapadała, a od tłumów jej własne buty się brudziły. Wiedziała doskonale jak to będzie wyglądać tutaj. Gdy Ulysses zaczął odstawiać szopkę przekrzywiła lekko głowę. Podobało jej się to. Wyglądało komicznie, ale było autentyczne.
— Łamaga. – skwitowała krótko. – Przestań, to nie ma sensu. Jesteśmy na Beltane, a nie na jakimś pokazie mody. – zauważyła i teatralnie przewróciła oczami.
Gdy Ulysses podniósł się w końcu do pionu poprowadziła ich w miejsce, gdzie sama miała wykonać swoją misję. Do końca nie wiedziała jak ma to zrobić, a nie chciała udawać, że też czyści buty, bo byłoby to dziwne. Los jednak zadecydował za nią, gdyż potknęła się o jakiś wystający kamień, upadła na kolana, a broszka, którą miała niedbale przypięte do sukni odpadła jej i potoczyła się gdzieś po trawie.
— Na brodę Merlina, moja broszka! – zawołała i zaczęła udawać, że szuka ją zasłaniając niewielki teren wokół siebie długimi, szerokimi rękawami. Wcisnęła niepostrzeżenie kamień w ziemię pomagając sobie przy tym drobnym zaklęciem, aby mieć pewność, że wykonała swoje zadanie dobrze. W końcu znalazła też broszkę, podnosząc się zaczęła narzekać, że się cała ubrudziła. Użyła zaklęcia, aby wyczyścić swoją suknię. Docisnęła butem miejsce, w którym zakopała kamień i ruszyła za Alanną.
— Może pójdziemy później do tego dziwnego goblina? – zapytała, aby chociaż trochę udawać, że interesują się całym tym wydarzeniem tutaj, a nie tylko potykają się o nogi.