19.05.2026, 00:08 ✶
— Prawda — odparł, kiedy spytała o quidditcha, a kącik ust drgnął mu lekko. — Choć „lokalna drużyna” brzmi tak, jakbym po godzinach ganiał za zniczem między straganem z kiełbasą a budką z piwem.
Obrócił ją płynnie, pozwalając, by na moment zniknęli pośród wirujących sukien, eleganckich fraków i drobinek magicznego światła, które opadały z góry jak złoty pył. Sala zdawała się oddychać muzyką. Kryształowe żyrandole migotały nad nimi, parkiet lśnił pod stopami, a walc niósł pary w miękkim, niemal bajkowym rytmie.
— Heidelberg Harriers — doprecyzował zaraz z udawaną powagą. — Podobno powinienem wymawiać to z większym szacunkiem, zwłaszcza że połowa ludzi na tej sali płaci za to, żeby wypromować moje imię.
Spojrzał ponad jej ramieniem, odruchowo sprawdzając, czy pijany czarodziej nie postanowił odzyskać urażonej godności. Nie zobaczył go w pobliżu. Dobrze. Najwyraźniej znalazł sobie zajęcie bardziej odpowiednie do własnych możliwości, na przykład przegrywanie pojedynku z kieliszkiem.
Lukas wrócił wzrokiem do Lany, a jego uśmiech złagodniał.
— A samo miasto? — powtórzył. — Jest piękne. Tego mu nie odbiorę. Nawet ja, człowiek pozbawiony szczególnej czułości do kamieni starszych niż moja rodzina, muszę przyznać, że Heidelberg ma w sobie coś wyjątkowego.
Przez chwilę prowadził ją bez słowa, jakby naprawdę szukał właściwego opisu.
— Zamek wygląda, jakby od kilku stuleci dramatycznie cierpiał na wzgórzu i cierpliwie czekał, aż ktoś napisze o nim poemat. Rzeka udaje, że nie widzi całego tego nadęcia, a stare uliczki… — zawiesił głos, pozwalając sobie na lekki uśmiech — stare uliczki są naprawdę nastrojowe. Zwłaszcza wieczorem, kiedy latarnie odbijają się od bruku i przez chwilę można uwierzyć, że świat został zrobiony trochę staranniej niż zwykle.
Walc przyspieszył odrobinę, ale Lukas nie pozwolił, by Lana to odczuła. Poprowadził ją miękko, z naturalną korektą kroku, tak by każde zawahanie ginęło w ruchu, zanim ktokolwiek mógłby je zauważyć. Był uważny, choć nie nachalny. Pewny, ale nie przytłaczający. Jakby naprawdę zależało mu na tym, żeby ten taniec nie był dla niej kolejnym obowiązkiem wieczoru, tylko chwilą wytchnienia.
— I nie martw się tamtym człowiekiem — dodał po chwili łagodniej. — To przedsiębiorca zajmujący się konserwacją mioteł. Znajomość bez większej historii.
Obrócił ją raz jeszcze, tym razem odrobinę wolniej, żeby mogła swobodnie złapać rytm. W świetle żyrandoli jej suknia poruszyła się lekko, jakby muzyka dotykała nie tylko ludzi, ale i materiału.
— Poza tym — dodał z błyskiem w oku — skoro już uratowałaś mnie od rozmowy o przyszłości niemieckiego quidditcha w ujęciu ekonomicznym, to chyba jesteśmy kwita. Ty nie musisz rozmawiać z pijakiem, ja nie muszę udawać, że interesuje mnie budżet na konserwację stadionowych trybun. Piękna współpraca.
Przez moment milczał, wsłuchując się w muzykę. Potem odezwał się ciszej, już mniej żartobliwie:
— Teraz twoja kolej. Przyjechałaś tu dla miasta czy dla balu? Nie spodziewałem się, że spotkam dziś kogoś z Anglii.
Jego spojrzenie zmiękło, a uśmiech stał się szczerszy.
— Miłe zaskoczenie. Naprawdę.
Obrócił ją płynnie, pozwalając, by na moment zniknęli pośród wirujących sukien, eleganckich fraków i drobinek magicznego światła, które opadały z góry jak złoty pył. Sala zdawała się oddychać muzyką. Kryształowe żyrandole migotały nad nimi, parkiet lśnił pod stopami, a walc niósł pary w miękkim, niemal bajkowym rytmie.
— Heidelberg Harriers — doprecyzował zaraz z udawaną powagą. — Podobno powinienem wymawiać to z większym szacunkiem, zwłaszcza że połowa ludzi na tej sali płaci za to, żeby wypromować moje imię.
Spojrzał ponad jej ramieniem, odruchowo sprawdzając, czy pijany czarodziej nie postanowił odzyskać urażonej godności. Nie zobaczył go w pobliżu. Dobrze. Najwyraźniej znalazł sobie zajęcie bardziej odpowiednie do własnych możliwości, na przykład przegrywanie pojedynku z kieliszkiem.
Lukas wrócił wzrokiem do Lany, a jego uśmiech złagodniał.
— A samo miasto? — powtórzył. — Jest piękne. Tego mu nie odbiorę. Nawet ja, człowiek pozbawiony szczególnej czułości do kamieni starszych niż moja rodzina, muszę przyznać, że Heidelberg ma w sobie coś wyjątkowego.
Przez chwilę prowadził ją bez słowa, jakby naprawdę szukał właściwego opisu.
— Zamek wygląda, jakby od kilku stuleci dramatycznie cierpiał na wzgórzu i cierpliwie czekał, aż ktoś napisze o nim poemat. Rzeka udaje, że nie widzi całego tego nadęcia, a stare uliczki… — zawiesił głos, pozwalając sobie na lekki uśmiech — stare uliczki są naprawdę nastrojowe. Zwłaszcza wieczorem, kiedy latarnie odbijają się od bruku i przez chwilę można uwierzyć, że świat został zrobiony trochę staranniej niż zwykle.
Walc przyspieszył odrobinę, ale Lukas nie pozwolił, by Lana to odczuła. Poprowadził ją miękko, z naturalną korektą kroku, tak by każde zawahanie ginęło w ruchu, zanim ktokolwiek mógłby je zauważyć. Był uważny, choć nie nachalny. Pewny, ale nie przytłaczający. Jakby naprawdę zależało mu na tym, żeby ten taniec nie był dla niej kolejnym obowiązkiem wieczoru, tylko chwilą wytchnienia.
— I nie martw się tamtym człowiekiem — dodał po chwili łagodniej. — To przedsiębiorca zajmujący się konserwacją mioteł. Znajomość bez większej historii.
Obrócił ją raz jeszcze, tym razem odrobinę wolniej, żeby mogła swobodnie złapać rytm. W świetle żyrandoli jej suknia poruszyła się lekko, jakby muzyka dotykała nie tylko ludzi, ale i materiału.
— Poza tym — dodał z błyskiem w oku — skoro już uratowałaś mnie od rozmowy o przyszłości niemieckiego quidditcha w ujęciu ekonomicznym, to chyba jesteśmy kwita. Ty nie musisz rozmawiać z pijakiem, ja nie muszę udawać, że interesuje mnie budżet na konserwację stadionowych trybun. Piękna współpraca.
Przez moment milczał, wsłuchując się w muzykę. Potem odezwał się ciszej, już mniej żartobliwie:
— Teraz twoja kolej. Przyjechałaś tu dla miasta czy dla balu? Nie spodziewałem się, że spotkam dziś kogoś z Anglii.
Jego spojrzenie zmiękło, a uśmiech stał się szczerszy.
— Miłe zaskoczenie. Naprawdę.