19.05.2026, 01:58 ✶
— Nooo. I wyrósł. — Zenek spuścił wzrok na skubane skórki.
Crow siedział na jego łóżku. Zenek gościnny bywał, ale to w dalszym ciągu było jego łóżko. Z granatową pościelą zaścieloną dwa dni wstecz. No przecież narzuty nie posiadał. Pojedyncza poduszka sobie leżała od strony Crowa. Dobre to było miejsce dla loczków. Bawełniana poszewka by się ich trzymała. Zenek za to siedział od strony nóg i miał obok siebie nogi Crowa. Naprawdę nie miał problemu z tym, żeby mu to łóżko udostępnić. Już późno było, a wolał nóż Crowa przy własnej okiennicy niż w oku jakiegoś opryszka. Tymczasowo siedział jednak w tej sytuacji na własnych kościach pod tyłkiem, z mokrą koszulką i wiadomo czym na głowie. Rzucił okiem raz jeszcze na ciemną masę. Podrapał się u nasady włosów. Odetchnął zimnym, nocnym powietrzem.
Stopy póki co trzymał twardo na podłodze. Spojrzał przed siebie. Na podłodze leżały sobie płyty, na komodzie też. Walizkę zawsze chował pod łóżkiem, to nie problem. Pod oknem: głośniki. Kable, dużo kabli. Ciekawe, po co; i tak by tutaj nie zadziałały, no ale po to tu je przyniósł, żeby coś z tym zrobić. A nawet jeśli nic by z tym nie zrobił, to przynajmniej mogli się o nie potykać potencjalni włamywacze. Crow oddychał obok niego.
Gibnął się lekko do tyłu, ale nie całkiem. Za nim była w końcu twarda ściana. Odetchnął ponownie zimnym powietrzem. Pomacał się po dżinsach. Wymacał wybrzuszenie w kieszeni spodni. Włożył rękę do kieszeni. Pleciony łapacz sobie siedział i nikomu nie przeszkadzał. Wyjął rękę.
Uderzył się w uda. Klask. Cztery ściany spotęgowały klaśnięcie. Przechylił ciężar ciała na stopy i wstał. Rozprostował kolana. Crow był nadal za nim. Podszedł do komody. Szuflada zapiszczała, gdy ją wysuwał. Ubrania leżały w środku, jak Crow na łóżku.
Garderoba Zenka oferowała bogaty wybór koszulek w kolorach: biały, szary, czarny i granatowy. Na każdy ludzki nastrój i każdą pogodę. Zawahał się nad tym, która najbardziej przypadłaby do gustu przyjacielowi po latach. Po chwili przypomniał sobie, że Crow i tak był daltonistą. No to szare.
Z koszulką pod pachą wrócił do nóg łóżka. Była czysta i sucha, w przeciwieństwie do tej, którą miał na sobie. Rzucił fant obok Crowa i chwycił za brzeg t-shirtu. Uniósł w górę. Już po chwili na nagich żebrach wiało mu z okna. Pociągnął wyżej. Nadeszła chwila, której się obawiał. Zaczepił się. T-shirt zaczepił się o kaktusa od spodu. Pociągnął. Igły wbiły się mocniej. Koszulka nie puszczała. Drgnął na łóżku; ostatnie pociągnięcie. Kaktus trzymał się głowy równo. Koszulka również.
Oswobodził rękę i zaczął macać łóżko wokół siebie. Przez materiał koszulki nic nie widział. W końcu trafił na kolano, bynajmniej nie swoje. Zastukał raz, drugi.
— Kra. — materiał tłumił jego desperackie jęki. — Pomocy.
Crow siedział na jego łóżku. Zenek gościnny bywał, ale to w dalszym ciągu było jego łóżko. Z granatową pościelą zaścieloną dwa dni wstecz. No przecież narzuty nie posiadał. Pojedyncza poduszka sobie leżała od strony Crowa. Dobre to było miejsce dla loczków. Bawełniana poszewka by się ich trzymała. Zenek za to siedział od strony nóg i miał obok siebie nogi Crowa. Naprawdę nie miał problemu z tym, żeby mu to łóżko udostępnić. Już późno było, a wolał nóż Crowa przy własnej okiennicy niż w oku jakiegoś opryszka. Tymczasowo siedział jednak w tej sytuacji na własnych kościach pod tyłkiem, z mokrą koszulką i wiadomo czym na głowie. Rzucił okiem raz jeszcze na ciemną masę. Podrapał się u nasady włosów. Odetchnął zimnym, nocnym powietrzem.
Stopy póki co trzymał twardo na podłodze. Spojrzał przed siebie. Na podłodze leżały sobie płyty, na komodzie też. Walizkę zawsze chował pod łóżkiem, to nie problem. Pod oknem: głośniki. Kable, dużo kabli. Ciekawe, po co; i tak by tutaj nie zadziałały, no ale po to tu je przyniósł, żeby coś z tym zrobić. A nawet jeśli nic by z tym nie zrobił, to przynajmniej mogli się o nie potykać potencjalni włamywacze. Crow oddychał obok niego.
Gibnął się lekko do tyłu, ale nie całkiem. Za nim była w końcu twarda ściana. Odetchnął ponownie zimnym powietrzem. Pomacał się po dżinsach. Wymacał wybrzuszenie w kieszeni spodni. Włożył rękę do kieszeni. Pleciony łapacz sobie siedział i nikomu nie przeszkadzał. Wyjął rękę.
Uderzył się w uda. Klask. Cztery ściany spotęgowały klaśnięcie. Przechylił ciężar ciała na stopy i wstał. Rozprostował kolana. Crow był nadal za nim. Podszedł do komody. Szuflada zapiszczała, gdy ją wysuwał. Ubrania leżały w środku, jak Crow na łóżku.
Garderoba Zenka oferowała bogaty wybór koszulek w kolorach: biały, szary, czarny i granatowy. Na każdy ludzki nastrój i każdą pogodę. Zawahał się nad tym, która najbardziej przypadłaby do gustu przyjacielowi po latach. Po chwili przypomniał sobie, że Crow i tak był daltonistą. No to szare.
Z koszulką pod pachą wrócił do nóg łóżka. Była czysta i sucha, w przeciwieństwie do tej, którą miał na sobie. Rzucił fant obok Crowa i chwycił za brzeg t-shirtu. Uniósł w górę. Już po chwili na nagich żebrach wiało mu z okna. Pociągnął wyżej. Nadeszła chwila, której się obawiał. Zaczepił się. T-shirt zaczepił się o kaktusa od spodu. Pociągnął. Igły wbiły się mocniej. Koszulka nie puszczała. Drgnął na łóżku; ostatnie pociągnięcie. Kaktus trzymał się głowy równo. Koszulka również.
Oswobodził rękę i zaczął macać łóżko wokół siebie. Przez materiał koszulki nic nie widział. W końcu trafił na kolano, bynajmniej nie swoje. Zastukał raz, drugi.
— Kra. — materiał tłumił jego desperackie jęki. — Pomocy.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.