15.03.2023, 22:00 ✶
W porównaniu z mężczyzną, Mavelle odnosiła wrażenie, że naprawdę jest zmokłą kurą. Nic, tylko wyżąć porządnie z wody i powiesić na sznurku, żeby wyschła. Czy zazdrościła mu suchości? Może troszkę... W każdym razie, wyglądało na to, że szczęście się jednak do niej uśmiechnęło, a co za tym idzie - miała okazję na doprowadzenie się do "normalnego" stanu. Przynajmniej taką miała nadzieję.
- Przeokropna - zgodziła się cicho z mężczyzną, wślizgując się do środka. Razem z nią zaś do wnętrza wszedł i deszcz - wszak dosłownie ociekała wodą; spojrzała z niezbyt mądrą miną na podłogę. Och. Naprawdę nie wyglądało to szczególnie dobrze - Najmocniej przepraszam, wygląda, że tylko wam wszystko zamoczę... – wyrzekła najbardziej przepraszającym tonem, na jaki ją było stać – I tak, nie da się ukryć, zawsze na wiosnę – pokiwała głową, po namyśle zsuwając z siebie również i kurtkę – średnio teraz przydatną – i rozglądając się, gdzie ją może powiesić. Akurat mniej więcej wtedy, gdy po części ją zostawił, podchodząc do innych drzwi.
- Mavelle - podpowiedziała, wyłapując moment, w którym powinna się odezwać i uzupełnić lukę w wiedzy pana Binnsa. I jego córek. I... psa? - Ty... mówisz? - zdziwiła się nielicho. Z którejkolwiek by strony nie patrzeć, jeszcze nie zetknęła się w swoim życiu z mówiącymi zwierzętami; nawet nieszczególnie takowe z lekcji kojarzyła! Chyba że to był sen, ale też nie mogła się pozbyć wrażenia, że we śnie nie byłby aż tak mokra i zziębnięta, o zmęczeniu już nie mówiąc…
- Będę bardzo wdzięczna – posłała dość ciepły uśmiech w stronę Colette, oczywiście całkowicie nie pojmując, skąd ten nagły rumieniec na policzkach. Może zrobiło się jej za ciepło od bliskości kominka? Może wstydziła się gości…?
- Och, ale wtedy zamoczę podłogę... - zawahała się. Z jednej strony nie chciała sprawiać gościnnym gospodarzom problemów, z drugiej - no, ogrzanie się przy ogniu było bardziej niż wskazane. Wprawdzie nie zakładała, że miałaby się pochorować od takiego deszczu - bo przecież nie należała do chorowitych osób - jednakże musiała wziąć pod uwagę, że naprawdę przemokła do ostatniej nitki. Nie ostała się ani jedna sucha, a to jednak sugerowało sporą dawkę eliksiru pieprzowego, gorącą kąpiel i owinięcie się kołdrą. Może nawet dwoma.
Dlatego też ostatecznie zdecydowała się podejść bliżej kominka, zostawiając – niestety! - za sobą mokre plamy. Przycupnęła przy nim, wyciągnęła dłonie bliżej ognia, zdecydowanie chcąc się ogrzać.
- Chyba… zrządzenie losu? Dziecinka... – zawiesiła się, zreflektowała, że to może nie być dość jasne określenie – … motocykl mi się popsuł. A potem po prostu się rozpadało i był to jedyny dom po drodze... – zawiesiła głos. Oczywiście że nie planowała spowiadać się, jakie sprawy ją wiodły tą trasą; zresztą to nie było istotne.
Zadrżała, czując, jak chłód się opiera i nieszczególnie chce ustąpić miejsca ciepłu, lęgnąc się gdzieś w głębi ciała, sięgając kości.
- Nie szkodzi – zapewniła psa – Zresztą, i tak nie potrafiłabym niczego wziąć od jakiekogolwiek psa, chyba że mówimy o patyku. Albo piłeczce. I to tylko po to, żeby nią rzucić – oświadczyła, biegnąc myślami chociażby do Gałgana.
- Przeokropna - zgodziła się cicho z mężczyzną, wślizgując się do środka. Razem z nią zaś do wnętrza wszedł i deszcz - wszak dosłownie ociekała wodą; spojrzała z niezbyt mądrą miną na podłogę. Och. Naprawdę nie wyglądało to szczególnie dobrze - Najmocniej przepraszam, wygląda, że tylko wam wszystko zamoczę... – wyrzekła najbardziej przepraszającym tonem, na jaki ją było stać – I tak, nie da się ukryć, zawsze na wiosnę – pokiwała głową, po namyśle zsuwając z siebie również i kurtkę – średnio teraz przydatną – i rozglądając się, gdzie ją może powiesić. Akurat mniej więcej wtedy, gdy po części ją zostawił, podchodząc do innych drzwi.
- Mavelle - podpowiedziała, wyłapując moment, w którym powinna się odezwać i uzupełnić lukę w wiedzy pana Binnsa. I jego córek. I... psa? - Ty... mówisz? - zdziwiła się nielicho. Z którejkolwiek by strony nie patrzeć, jeszcze nie zetknęła się w swoim życiu z mówiącymi zwierzętami; nawet nieszczególnie takowe z lekcji kojarzyła! Chyba że to był sen, ale też nie mogła się pozbyć wrażenia, że we śnie nie byłby aż tak mokra i zziębnięta, o zmęczeniu już nie mówiąc…
- Będę bardzo wdzięczna – posłała dość ciepły uśmiech w stronę Colette, oczywiście całkowicie nie pojmując, skąd ten nagły rumieniec na policzkach. Może zrobiło się jej za ciepło od bliskości kominka? Może wstydziła się gości…?
- Och, ale wtedy zamoczę podłogę... - zawahała się. Z jednej strony nie chciała sprawiać gościnnym gospodarzom problemów, z drugiej - no, ogrzanie się przy ogniu było bardziej niż wskazane. Wprawdzie nie zakładała, że miałaby się pochorować od takiego deszczu - bo przecież nie należała do chorowitych osób - jednakże musiała wziąć pod uwagę, że naprawdę przemokła do ostatniej nitki. Nie ostała się ani jedna sucha, a to jednak sugerowało sporą dawkę eliksiru pieprzowego, gorącą kąpiel i owinięcie się kołdrą. Może nawet dwoma.
Dlatego też ostatecznie zdecydowała się podejść bliżej kominka, zostawiając – niestety! - za sobą mokre plamy. Przycupnęła przy nim, wyciągnęła dłonie bliżej ognia, zdecydowanie chcąc się ogrzać.
- Chyba… zrządzenie losu? Dziecinka... – zawiesiła się, zreflektowała, że to może nie być dość jasne określenie – … motocykl mi się popsuł. A potem po prostu się rozpadało i był to jedyny dom po drodze... – zawiesiła głos. Oczywiście że nie planowała spowiadać się, jakie sprawy ją wiodły tą trasą; zresztą to nie było istotne.
Zadrżała, czując, jak chłód się opiera i nieszczególnie chce ustąpić miejsca ciepłu, lęgnąc się gdzieś w głębi ciała, sięgając kości.
- Nie szkodzi – zapewniła psa – Zresztą, i tak nie potrafiłabym niczego wziąć od jakiekogolwiek psa, chyba że mówimy o patyku. Albo piłeczce. I to tylko po to, żeby nią rzucić – oświadczyła, biegnąc myślami chociażby do Gałgana.
492/966