20.05.2026, 09:19 ✶
Nie miał okazji już odpowiedzieć ani na to, co powiedziała Victoria odnośnie Beltane, ani kontynuować wątku oszukiwania gorących psów w budkach, zbyt zajęty walką… no może nie o życie, ale nie zostaniem pogryzionym i jeszcze o własną godność. Pogryziony wprawdzie nie został, ale godność trochę ucierpiała w zetknięciu z podłogą.
– Dziś wyjątkowo zapomniałem taki włożyć do kieszeni płaszcza – odparł Rosier, przypatrując się istotom pełzającym po parapecie. Może miał to być żart, chociaż nie wyglądał, jakby miał zaraz się roześmiać, choćby dlatego, że jedna z nich zaczynała bzyczeć, więc obawiał się, że za chwilę znów spróbuje ich pogryźć. – Skoro to pasożyty możemy je po prostu spalić w kominku? Albo… wrzucić do jakiegoś worka? – spytał, trochę niepewnie. W jego oczach były odrażające, ale że nigdy nie chodził na lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami, dopóki Lestrane nie wspomniała, że są szkodnikami, nie wiedział czy to nie jakieś chronione, czarodziejskie istoty i nie okaże się, że zabijając je, popełnia nieprawdopodobną zbrodnię. Ale skoro chodziło o szkodniki, to chyba ich spalenie byłoby jak wytrucie moli albo mrówek…?
Dom… dom był całkiem ładny, sam w sobie salon, choć oczywiście wymagający pewnych poprawek i dostosowania, też spełniałby wymogi Rosiera. Obecność gryzących, latających stworzeń, w oczywisty sposób nastawiła go trochę negatywnie.
– Na pewno zanim zaczniemy oglądać meble i podłogi trzeba się upewnić, że nic nas tu nie pogryzie – podsumował w końcu, celując w bahanki różdżką. Był gotów czy to spróbować podpalić w kominku i je tam cisnąć, czy zagarnąć do pokrowca, pokrywającego jeden z foteli, bo nie chciał, aby się potem okazało, że oni wrócą z piętra, i napadnie na nich wściekłe, bzyczące stado tych stworzeń. Rosier raczej nie bywał dotąd w miejscach, gdzie miały szansę się zagnieździć, więc to była dla niego nowość.
Ale mogło być gorzej. Mogli znaleźć trupa…
Ledwo o tym pomyślał, pokręcił głową, odpychając od siebie tę głupią myśl.
– Może teraz kuchnia? Tylko z różdżkami w dłoniach. Jeżeli coś się jeszcze zagnieździło, pewnie tam albo w piwnicy – stwierdził, gdy czy to czasowo, czy na stałe spacyfikowali szkodniki. I po chwili wahania otworzył jeszcze okno, bo jednak w pomieszczeniu panował zaduch typowy dla budynków, które pozostawały od jakiegoś czasu niezamieszkane. – Jeśli z szuflady wyskoczą jakieś małe, zębate stworzenia, od razu idziemy na tę plażę -oświadczył jeszcze, w takim wypadku gotów w ciemno kupować ten drugi dom.
Albo nie, nie w ciemno. Pośle tam asystentkę, żeby sprawdziła, czy nic tam nie gryzie.
– Dziś wyjątkowo zapomniałem taki włożyć do kieszeni płaszcza – odparł Rosier, przypatrując się istotom pełzającym po parapecie. Może miał to być żart, chociaż nie wyglądał, jakby miał zaraz się roześmiać, choćby dlatego, że jedna z nich zaczynała bzyczeć, więc obawiał się, że za chwilę znów spróbuje ich pogryźć. – Skoro to pasożyty możemy je po prostu spalić w kominku? Albo… wrzucić do jakiegoś worka? – spytał, trochę niepewnie. W jego oczach były odrażające, ale że nigdy nie chodził na lekcje opieki nad magicznymi stworzeniami, dopóki Lestrane nie wspomniała, że są szkodnikami, nie wiedział czy to nie jakieś chronione, czarodziejskie istoty i nie okaże się, że zabijając je, popełnia nieprawdopodobną zbrodnię. Ale skoro chodziło o szkodniki, to chyba ich spalenie byłoby jak wytrucie moli albo mrówek…?
Dom… dom był całkiem ładny, sam w sobie salon, choć oczywiście wymagający pewnych poprawek i dostosowania, też spełniałby wymogi Rosiera. Obecność gryzących, latających stworzeń, w oczywisty sposób nastawiła go trochę negatywnie.
– Na pewno zanim zaczniemy oglądać meble i podłogi trzeba się upewnić, że nic nas tu nie pogryzie – podsumował w końcu, celując w bahanki różdżką. Był gotów czy to spróbować podpalić w kominku i je tam cisnąć, czy zagarnąć do pokrowca, pokrywającego jeden z foteli, bo nie chciał, aby się potem okazało, że oni wrócą z piętra, i napadnie na nich wściekłe, bzyczące stado tych stworzeń. Rosier raczej nie bywał dotąd w miejscach, gdzie miały szansę się zagnieździć, więc to była dla niego nowość.
Ale mogło być gorzej. Mogli znaleźć trupa…
Ledwo o tym pomyślał, pokręcił głową, odpychając od siebie tę głupią myśl.
– Może teraz kuchnia? Tylko z różdżkami w dłoniach. Jeżeli coś się jeszcze zagnieździło, pewnie tam albo w piwnicy – stwierdził, gdy czy to czasowo, czy na stałe spacyfikowali szkodniki. I po chwili wahania otworzył jeszcze okno, bo jednak w pomieszczeniu panował zaduch typowy dla budynków, które pozostawały od jakiegoś czasu niezamieszkane. – Jeśli z szuflady wyskoczą jakieś małe, zębate stworzenia, od razu idziemy na tę plażę -oświadczył jeszcze, w takim wypadku gotów w ciemno kupować ten drugi dom.
Albo nie, nie w ciemno. Pośle tam asystentkę, żeby sprawdziła, czy nic tam nie gryzie.