20.05.2026, 10:42 ✶
Baldwin spojrzał na rzekomą katastrofę garderobianą dokładnie tak jak patrzył na większość rzeczy w otaczającym go pięknym, bożym świecie - z solidną dozą wyjebongo.
No nie, zdecydowanie nie wyglądał na przejętego. I nawet się nie starał udawać. Ale słuchał żali kuzyna z niebywałą wręcz cierpliwością, dysocjując tylko i wyłącznie odrobinkę.
- I jeszcze ta…
No tutaj uniósł lekko brwi. Reginald zachował chyba jeszcze resztkę instynktu samozachowawczego, bo jednak powstrzymał się od rzucania łaciną podwórkową w stronę niewinnej szczurzycy. Ta co prawda w puchatej dupie miała co jakiś typ sobie o niej myśli (powinien się cieszyć, że go nie zjadła jak machał paluchem!), ale Baldwin wyjątkowo nie lubił gdy się mu obrażało Rozalindę.
- Nie możesz tego wszystkiego oddać matce do naprawy? - Zapytał po prostu, machając ręką jakby należało doprecyzować, że chodzi mu o obraz nędzy i rozpaczy jaki przedstawiał sobą jego kuzyn. Nie żeby Baldwinowi to przeszkadzało. Zdarzały się dni, gdy on sam wychodził z teatru uwalony obsypującą się charakteryzacją albo chodził przez dłuższy czas w tej samej szacie, której nie było co zmieniać skoro i tak skończy uwalona farbą, krwią i werniksem. Ale kuzyn… och kuzyn zawsze był takim elegancikiem! Przewracał oczami zawsze, gdy Lorraine o tym wspominała.
No, ciekawe co by powiedziała jakby Reginalda teraz zobaczyła.
- Albo zanieść do mojej? - Skinął głową mniej więcej w kierunki pracowni Visenyi, która znajdowała się zaledwie parę bloków od miejsca, gdzie przystanęli, w najlepszym punkcie na Pokątnej. Zdecydowanie zbyt blisko jak na gust Baldwina- Ogarnie ci to w dziesięć minut, ale stracisz przez jej pierdolenie pewnie z pięć lat życia…- Mówił bardziej do siebie niż do Reginalda, przypatrując się plamom z farby. Nie ryzykował zaklęcia czyszczącego, nigdy nie miał wyczucia do takich. Pocierał w zamyśleniu pokryty lekkim zarostem policzek. Nie miał ostatnio ani czasu ani ochoty się golić.
W tym momencie podbiegł do nich chłopaczek. Młodziak. Miał może z osiem, dziewięć lat, ale jak na swój wiek dość wysoki i tyczkowaty. Sądząc po połatanej szacie, krzywo przyciętych splątanych, rudych kołtunach i zdecydowanie przydużych butach po starszym bracie - wychowanek biedniejszych dzielnic. Nokturzątko jak ich wiele. W rękach trzymał… kapelusz Renigalda.
Baldwin oparł się leniwie o ościeżnicę zamkniętych drzwi od sklepu Weasley’ówny. Dzieciak wyszczerzył się radośnie, prezentując brak lewej jedynki i machnął kapeluszem nad głową, niczym wprawiony w trudach handlu obwoźny sprzedawca.
- Paaanowieee - zaczął, sepleniąc niemiłosiernie.- Weźście no odkupsscie, soo? Ja mogę laśkawie pśehandlować. Tanio! Prawie za dałmo. No… za tsi sikIe.
Nałożył sobie na głowę kapelusz, prezentując go jeszcze lepiej.
- Tłochę śmierdzi, ale mosie taki śtyl. Elegancki pan chyba tęśśkni… - Dodał z bezczelnym uśmiechem, cały czas znajdując się poza zasięgiem rąk Malfoya.
No nie, zdecydowanie nie wyglądał na przejętego. I nawet się nie starał udawać. Ale słuchał żali kuzyna z niebywałą wręcz cierpliwością, dysocjując tylko i wyłącznie odrobinkę.
- I jeszcze ta…
No tutaj uniósł lekko brwi. Reginald zachował chyba jeszcze resztkę instynktu samozachowawczego, bo jednak powstrzymał się od rzucania łaciną podwórkową w stronę niewinnej szczurzycy. Ta co prawda w puchatej dupie miała co jakiś typ sobie o niej myśli (powinien się cieszyć, że go nie zjadła jak machał paluchem!), ale Baldwin wyjątkowo nie lubił gdy się mu obrażało Rozalindę.
- Nie możesz tego wszystkiego oddać matce do naprawy? - Zapytał po prostu, machając ręką jakby należało doprecyzować, że chodzi mu o obraz nędzy i rozpaczy jaki przedstawiał sobą jego kuzyn. Nie żeby Baldwinowi to przeszkadzało. Zdarzały się dni, gdy on sam wychodził z teatru uwalony obsypującą się charakteryzacją albo chodził przez dłuższy czas w tej samej szacie, której nie było co zmieniać skoro i tak skończy uwalona farbą, krwią i werniksem. Ale kuzyn… och kuzyn zawsze był takim elegancikiem! Przewracał oczami zawsze, gdy Lorraine o tym wspominała.
No, ciekawe co by powiedziała jakby Reginalda teraz zobaczyła.
- Albo zanieść do mojej? - Skinął głową mniej więcej w kierunki pracowni Visenyi, która znajdowała się zaledwie parę bloków od miejsca, gdzie przystanęli, w najlepszym punkcie na Pokątnej. Zdecydowanie zbyt blisko jak na gust Baldwina- Ogarnie ci to w dziesięć minut, ale stracisz przez jej pierdolenie pewnie z pięć lat życia…- Mówił bardziej do siebie niż do Reginalda, przypatrując się plamom z farby. Nie ryzykował zaklęcia czyszczącego, nigdy nie miał wyczucia do takich. Pocierał w zamyśleniu pokryty lekkim zarostem policzek. Nie miał ostatnio ani czasu ani ochoty się golić.
W tym momencie podbiegł do nich chłopaczek. Młodziak. Miał może z osiem, dziewięć lat, ale jak na swój wiek dość wysoki i tyczkowaty. Sądząc po połatanej szacie, krzywo przyciętych splątanych, rudych kołtunach i zdecydowanie przydużych butach po starszym bracie - wychowanek biedniejszych dzielnic. Nokturzątko jak ich wiele. W rękach trzymał… kapelusz Renigalda.
Baldwin oparł się leniwie o ościeżnicę zamkniętych drzwi od sklepu Weasley’ówny. Dzieciak wyszczerzył się radośnie, prezentując brak lewej jedynki i machnął kapeluszem nad głową, niczym wprawiony w trudach handlu obwoźny sprzedawca.
- Paaanowieee - zaczął, sepleniąc niemiłosiernie.- Weźście no odkupsscie, soo? Ja mogę laśkawie pśehandlować. Tanio! Prawie za dałmo. No… za tsi sikIe.
Nałożył sobie na głowę kapelusz, prezentując go jeszcze lepiej.
- Tłochę śmierdzi, ale mosie taki śtyl. Elegancki pan chyba tęśśkni… - Dodał z bezczelnym uśmiechem, cały czas znajdując się poza zasięgiem rąk Malfoya.