22.05.2026, 01:26 ✶
Astoria nawet przez moment nie odebrała jego słów jako czegoś niezwykłego. Nie dlatego, że były pozbawione znaczenia - wręcz przeciwnie. Po prostu troska Leviathana należała do tych nielicznych rzeczy w jej życiu, które wydawały się niepodważalne, niemal oczywiste jak fakt, że noc przychodzi po zmroku. Nie musiała się nad nią zastanawiać ani jej analizować. Był jej przyjacielem od lat - jednym z bardzo niewielu ludzi, przy których nigdy nie czuła potrzeby nieustannego napinania wszystkich mechanizmów obronnych. Może właśnie dlatego jego obecność działała na nią tak kojąco.
- Dzięki, ale nie poszukuję. Nigdzie mi się nie spieszy - wzruszyła lekko ramionami, choć od razu przypomniały jej się subtelne naciski rodziców i popychanie jej w ramiona młodego Malfoya. - Matka wciąż próbuje mnie swatać z Renigaldem. - westchnęła. Chciała żyć po swojemu, a jednak ciągle ktoś próbował wywierać na nią wpływ i narzucać jej swoje zdanie. - A jak u ciebie, nie szukają ci jeszcze żony? - rzadko mieli okazję rozmawiać na sercowe tematy; zwykle mieli dużo ważniejsze i bardziej ciekawe kwestie do omawiania, ale aktualne otoczenie sprzyjało… miłosnym dywagacjom.
Niezależnie od pomysłów, Astoria nie zamierzała dziś nikogo okradać. Nie wiadomo, jakie zabezpieczenia zostały tu nałożone, a bez konkretnego planu byli skazani na porażkę. ALE gdyby miała wybierać, z pewnością byłby to jakiś bezcenny obraz lub klejnot wartości małego państwa.
- Może innym razem - mruknęła w końcu. Kiedy więc wspomniał o schowaniu się za kolumną, choć przecież chwilę wcześniej zapewniał ją, że nigdy nie mógłby się jej wstydzić, Astoria parsknęła cicho pod nosem, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. Odwróciła głowę w jego stronę i bez większego zastanowienia uderzyła go lekko w ramię - nie mocno, raczej zaczepnie, z tą charakterystyczną dla niej teatralną obrazą. - Kłamczuch - uśmiechnęła się zadziornie, ale na szczęście nie musieli się chować, bo błękit zniknął z jej skóry. Magia eliksiru wycofywała się powoli i niechętnie, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie chłodnego odcienia, który jeszcze chwilę temu pokrywał jej ciało. Jasna cera Torii znów łagodnie odbijała ciepłe światło żyrandoli, złoto maski harmonizowało z rubinami oplatającymi jej szyję, a szmaragd sukni odzyskał pełnię swojego głębokiego, nasyconego koloru bez dziwacznego kontrastu błękitu. Przesunęła palcami po gładkiej skórze przedramienia, bardziej odruchowo niż z potrzeby upewnienia się, że błękit rzeczywiście zniknął, po czym uniosła wzrok ponad ramieniem Leviathana. Jej spojrzenie zatrzymało się na parkiecie. Muzyka płynęła przez salę miękkimi falami, a pary wirujące pośród mlecznej mgły przypominały raczej żywy obraz, niż prawdziwe wydarzenia. Przez chwilę miała ochotę po prostu wejść pomiędzy ludzi, pozwolić porwać się orkiestrze i na kilka minut zapomnieć o wszystkim innym.
- Dzięki, ale nie poszukuję. Nigdzie mi się nie spieszy - wzruszyła lekko ramionami, choć od razu przypomniały jej się subtelne naciski rodziców i popychanie jej w ramiona młodego Malfoya. - Matka wciąż próbuje mnie swatać z Renigaldem. - westchnęła. Chciała żyć po swojemu, a jednak ciągle ktoś próbował wywierać na nią wpływ i narzucać jej swoje zdanie. - A jak u ciebie, nie szukają ci jeszcze żony? - rzadko mieli okazję rozmawiać na sercowe tematy; zwykle mieli dużo ważniejsze i bardziej ciekawe kwestie do omawiania, ale aktualne otoczenie sprzyjało… miłosnym dywagacjom.
Niezależnie od pomysłów, Astoria nie zamierzała dziś nikogo okradać. Nie wiadomo, jakie zabezpieczenia zostały tu nałożone, a bez konkretnego planu byli skazani na porażkę. ALE gdyby miała wybierać, z pewnością byłby to jakiś bezcenny obraz lub klejnot wartości małego państwa.
- Może innym razem - mruknęła w końcu. Kiedy więc wspomniał o schowaniu się za kolumną, choć przecież chwilę wcześniej zapewniał ją, że nigdy nie mógłby się jej wstydzić, Astoria parsknęła cicho pod nosem, a w jej oczach błysnęło rozbawienie. Odwróciła głowę w jego stronę i bez większego zastanowienia uderzyła go lekko w ramię - nie mocno, raczej zaczepnie, z tą charakterystyczną dla niej teatralną obrazą. - Kłamczuch - uśmiechnęła się zadziornie, ale na szczęście nie musieli się chować, bo błękit zniknął z jej skóry. Magia eliksiru wycofywała się powoli i niechętnie, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie chłodnego odcienia, który jeszcze chwilę temu pokrywał jej ciało. Jasna cera Torii znów łagodnie odbijała ciepłe światło żyrandoli, złoto maski harmonizowało z rubinami oplatającymi jej szyję, a szmaragd sukni odzyskał pełnię swojego głębokiego, nasyconego koloru bez dziwacznego kontrastu błękitu. Przesunęła palcami po gładkiej skórze przedramienia, bardziej odruchowo niż z potrzeby upewnienia się, że błękit rzeczywiście zniknął, po czym uniosła wzrok ponad ramieniem Leviathana. Jej spojrzenie zatrzymało się na parkiecie. Muzyka płynęła przez salę miękkimi falami, a pary wirujące pośród mlecznej mgły przypominały raczej żywy obraz, niż prawdziwe wydarzenia. Przez chwilę miała ochotę po prostu wejść pomiędzy ludzi, pozwolić porwać się orkiestrze i na kilka minut zapomnieć o wszystkim innym.
learn the rules
then break some
then break some