22.05.2026, 13:11 ✶
W Rejwachu nie było telewizji. W starożytności też nie, a ludziom nudziło się wtedy tak bardzo, że wynaleźli tragedię. W wolnym tłumaczeniu pieśń kozła. I w sumie to tyle.
Obudowa nadal śmierdziała przypalanym plastikiem, chociaż zdążyła już trochę ostygnąć. W przeciwieństwie do Zenka, któremu koszula przyklejała się do pleców. Umieścił ostrożnie jeden palec na klawiszu. Już go nie paliło, a akord prężył się w gotowości. Potrzebował jedynie zajawki. I… nie, nie takiej, Enjorlasie. Chór pijaków zawtórował. On zimny, on zimny, ona gorąca. On nie chce, on nie chce, ona go trąca. Zenek za to dalej czekał, zastygając nad syntezatorem. Co mu po tym, że Enjorlas darł się do ucha, skoro nie usłyszał tamtej piosenki? Dziewczyna ostatecznie odskoczyła i wybiegła przez drzwi, ale aktor został.
Z perspektywy kanapy wyglądał równie malfoysko. Gdy siadał, pozostałości Zenka po koncercie zderzyły się ze skórzanym obiciem. Kanapa wydała głuchy odgłos. Zenek premiował takie rozwiązania w Rejwachu, które pozwalały na proste mycie nawet bez użycia różdżki, ale niewątpliwie obaj siedzieli na wspomnieniach wymiocin. Czoło nadal miał zroszone kropelkami potu. Za to pachniał już cekinami. Plastik, plastik, wszędzie ten plastik. Cekiny pośród dymu nie miały gdzie błyszczeć.
Blond czupryna Malfoya siedziała równie jasna pośród dymu, a platynowe refleksy przywodziły Zenkowi na myśl farbki ze sklepu. Zazwyczaj jednak na opakowaniu siedziała błyskająca zębami baba. Włosy białe, a wargi czerwone. Na początku Zenek myślał, że to od napoju, szklanica bowiem emitowała woń procentów z nutą wisienki. Ale jak się przyjrzeć, to Malfoyowi z wargi krew leciała. Już nie, teraz zastygał cienki strup. Ciemnawe wybrzuszenie sugerowało jednak swoje, a Malfoy jeszcze peta w usta pakował. Dopakowując wokół swojej twarzy jeszcze gęstszą warstwę dymu.
Nie czekając na zaproszenie, rozlał się po siedzeniu, za sobą pozostawiając scenę. Światło świec tu go już nie drażniło, a tapicerka przyjemnie chłodziła. Pogładził śliskie obicie obok siebie.
— Smakowało? To cherry.
Rozejrzał się wokół, choć raz dając spokój Malfoyowi. W Rejwachu nie mieli kelnera kluczącego między stolikami z tackami drinków. A szkoda. Mógł przy barze, ale po co. Iść się nie chciało. Na stole szklanka była. No to Zenek wziął.
Przechylił się nad stołem i wyciągnął rękę. Zacisnął palce na szkle. Fajne, zimne, nawet lepiej niż kanapa. Uniósł szklanicę i dostarczył ją do ust.
Hmm, no, dobre. Znośne. Dekadenckie. Właśnie tak.
Obudowa nadal śmierdziała przypalanym plastikiem, chociaż zdążyła już trochę ostygnąć. W przeciwieństwie do Zenka, któremu koszula przyklejała się do pleców. Umieścił ostrożnie jeden palec na klawiszu. Już go nie paliło, a akord prężył się w gotowości. Potrzebował jedynie zajawki. I… nie, nie takiej, Enjorlasie. Chór pijaków zawtórował. On zimny, on zimny, ona gorąca. On nie chce, on nie chce, ona go trąca. Zenek za to dalej czekał, zastygając nad syntezatorem. Co mu po tym, że Enjorlas darł się do ucha, skoro nie usłyszał tamtej piosenki? Dziewczyna ostatecznie odskoczyła i wybiegła przez drzwi, ale aktor został.
Z perspektywy kanapy wyglądał równie malfoysko. Gdy siadał, pozostałości Zenka po koncercie zderzyły się ze skórzanym obiciem. Kanapa wydała głuchy odgłos. Zenek premiował takie rozwiązania w Rejwachu, które pozwalały na proste mycie nawet bez użycia różdżki, ale niewątpliwie obaj siedzieli na wspomnieniach wymiocin. Czoło nadal miał zroszone kropelkami potu. Za to pachniał już cekinami. Plastik, plastik, wszędzie ten plastik. Cekiny pośród dymu nie miały gdzie błyszczeć.
Blond czupryna Malfoya siedziała równie jasna pośród dymu, a platynowe refleksy przywodziły Zenkowi na myśl farbki ze sklepu. Zazwyczaj jednak na opakowaniu siedziała błyskająca zębami baba. Włosy białe, a wargi czerwone. Na początku Zenek myślał, że to od napoju, szklanica bowiem emitowała woń procentów z nutą wisienki. Ale jak się przyjrzeć, to Malfoyowi z wargi krew leciała. Już nie, teraz zastygał cienki strup. Ciemnawe wybrzuszenie sugerowało jednak swoje, a Malfoy jeszcze peta w usta pakował. Dopakowując wokół swojej twarzy jeszcze gęstszą warstwę dymu.
Nie czekając na zaproszenie, rozlał się po siedzeniu, za sobą pozostawiając scenę. Światło świec tu go już nie drażniło, a tapicerka przyjemnie chłodziła. Pogładził śliskie obicie obok siebie.
— Smakowało? To cherry.
Rozejrzał się wokół, choć raz dając spokój Malfoyowi. W Rejwachu nie mieli kelnera kluczącego między stolikami z tackami drinków. A szkoda. Mógł przy barze, ale po co. Iść się nie chciało. Na stole szklanka była. No to Zenek wziął.
Przechylił się nad stołem i wyciągnął rękę. Zacisnął palce na szkle. Fajne, zimne, nawet lepiej niż kanapa. Uniósł szklanicę i dostarczył ją do ust.
Hmm, no, dobre. Znośne. Dekadenckie. Właśnie tak.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.