24.05.2026, 01:09 ✶
Nie, żeby go jakoś specjalnie wąchał, ale Crow był za blisko, żeby go do siebie nie wpuszczać przy każdym wdechu. I z tego, co wyczuwał, czuł tylko jego skórę. Nie organ. Lubił ten zapach garbarni. Nawet się już za nim stęsknił. Przebijał się też metaliczny smak noża. Zenek nigdy nie miał pojęcia, czy Crow na serio tak pachniał, czy tylko to sobie dopowiadał.
— Nie jestem cipką — wyjaśnił, kiedy druga skóra Crowa znalazła się zbyt blisko jego pierwszej. Bez płachty na oczach kaktus ponownie wydawał się problemem odległym, na tyle, na ile odległy był człowiekowi czubek własnej głowy. — Niee, żadnych mazi, proszę… Użyjesz na mnie noża? — w ostatnie zdanie włożył nieco zbyt wiele entuzjazmu, jakby Crow wyszedł z nieoczekiwaną, acz miłą propozycją. Światełka mu się w oczach zapaliły, akurat wtedy, kiedy Crow szarpnął jego brodą w górę.
Nie miał już gdzie uciekać wzrokiem, jedynie w oczy Crowa. Równie brązowe, co jego własne. Kiedyś go bawiła strasznie ta dominacja genetyczna, którą prezentowali w boysbandzie z Crowem, Johnnym i jeszcze Lewisem. W końcu to ciemne, kręcone włosy zawsze dominowały w krzyżówkach genetycznych na biologii w liceum. Oczywiście czystokrwiści dziedzice nie mogli o tym wiedzieć. Crow tym bardziej, bo nie chodził nawet do szkoły. Crow.
Nie wyrywał się zatem, jedynie pozwolił sobie obejrzeć twarz, której nie widział trzy lata, z bliska. Na ustach wykwitł mu lekki, nieco niepewny uśmiech.
— Nie jestem zły. — ścisnął jego nogę, tam, gdzie mu ręka spoczęła. Fajnie było poczuć tę konkretną skórę i kości. Zaraz mu ten uśmiech jednak zszedł, ustępując miejsca lekkiej konsternacji. — Tutaj? — powtórzył po koledze.
Oczy mu poszły na boki. Nie oba naraz; raz na jeden bok, raz na drugi, jakby przechodził przez ulicę. Wokoło siebie nadal miał jedynie swój pokój. Zatem o to chodziło? O pokój? O Rejwach? Wziął głęboko powietrze nosem, zaciągając się garbarskim zapachem Crowa. Po czym przeciągle je wypuścił.
— Noo dobra. — ucisk Crowa na jego brodę zelżał. Wierzgnął się na łóżku, by zasiąść pewniej w głębi materaca, i podciągnął kolana w górę. W mniej czy bardziej skoordynowany sposób zrobił sobie pogląd na resztę pokoju. — Ale musisz znać reguły. — zamilkł na sekundę.
— Szampon jest wspólny. Ktoś go zawsze wymienia, chyba Asena. Ale teraz się skończył, więc skończyłem z kaktusem na głowie. — podrapał się ostrożnie po włosach, nim znowu objął swoje kolana. — Jest harmonogram mycia łazienki. Kibel musi zawsze być czysty. — błogosławieństwa czarodziejskiej kanalizacji. — Jeśli potrzebujesz czegoś do spania, to proszę. — sięgnął po szarą koszulkę, którą wcześniej sobie wyjął i rzucił na łóżko. Co prawda siedział teraz od góry nagusieńki w promieniowaniu skóry Crowa, ale miał więcej koszulek. Skórzana kurtka poleciała na podłogę z metalicznym brzękiem.
Jakoś to będzie. Znajdzie mu wieszak na skórzaną kurtkę… i może jeszcze takie stojaki na noże, co to mają w sekcji kuchennej sklepu meblowego. Postawią je w pokoju albo na dole i będą straszyć klientów.
— Nie jestem cipką — wyjaśnił, kiedy druga skóra Crowa znalazła się zbyt blisko jego pierwszej. Bez płachty na oczach kaktus ponownie wydawał się problemem odległym, na tyle, na ile odległy był człowiekowi czubek własnej głowy. — Niee, żadnych mazi, proszę… Użyjesz na mnie noża? — w ostatnie zdanie włożył nieco zbyt wiele entuzjazmu, jakby Crow wyszedł z nieoczekiwaną, acz miłą propozycją. Światełka mu się w oczach zapaliły, akurat wtedy, kiedy Crow szarpnął jego brodą w górę.
Nie miał już gdzie uciekać wzrokiem, jedynie w oczy Crowa. Równie brązowe, co jego własne. Kiedyś go bawiła strasznie ta dominacja genetyczna, którą prezentowali w boysbandzie z Crowem, Johnnym i jeszcze Lewisem. W końcu to ciemne, kręcone włosy zawsze dominowały w krzyżówkach genetycznych na biologii w liceum. Oczywiście czystokrwiści dziedzice nie mogli o tym wiedzieć. Crow tym bardziej, bo nie chodził nawet do szkoły. Crow.
Nie wyrywał się zatem, jedynie pozwolił sobie obejrzeć twarz, której nie widział trzy lata, z bliska. Na ustach wykwitł mu lekki, nieco niepewny uśmiech.
— Nie jestem zły. — ścisnął jego nogę, tam, gdzie mu ręka spoczęła. Fajnie było poczuć tę konkretną skórę i kości. Zaraz mu ten uśmiech jednak zszedł, ustępując miejsca lekkiej konsternacji. — Tutaj? — powtórzył po koledze.
Oczy mu poszły na boki. Nie oba naraz; raz na jeden bok, raz na drugi, jakby przechodził przez ulicę. Wokoło siebie nadal miał jedynie swój pokój. Zatem o to chodziło? O pokój? O Rejwach? Wziął głęboko powietrze nosem, zaciągając się garbarskim zapachem Crowa. Po czym przeciągle je wypuścił.
— Noo dobra. — ucisk Crowa na jego brodę zelżał. Wierzgnął się na łóżku, by zasiąść pewniej w głębi materaca, i podciągnął kolana w górę. W mniej czy bardziej skoordynowany sposób zrobił sobie pogląd na resztę pokoju. — Ale musisz znać reguły. — zamilkł na sekundę.
— Szampon jest wspólny. Ktoś go zawsze wymienia, chyba Asena. Ale teraz się skończył, więc skończyłem z kaktusem na głowie. — podrapał się ostrożnie po włosach, nim znowu objął swoje kolana. — Jest harmonogram mycia łazienki. Kibel musi zawsze być czysty. — błogosławieństwa czarodziejskiej kanalizacji. — Jeśli potrzebujesz czegoś do spania, to proszę. — sięgnął po szarą koszulkę, którą wcześniej sobie wyjął i rzucił na łóżko. Co prawda siedział teraz od góry nagusieńki w promieniowaniu skóry Crowa, ale miał więcej koszulek. Skórzana kurtka poleciała na podłogę z metalicznym brzękiem.
Jakoś to będzie. Znajdzie mu wieszak na skórzaną kurtkę… i może jeszcze takie stojaki na noże, co to mają w sekcji kuchennej sklepu meblowego. Postawią je w pokoju albo na dole i będą straszyć klientów.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.